Polskie komedie romantyczne a moralność

 Mówisz: polska komedia romantyczna. Myślisz – paździerz. Utarło się przekonanie (nie bez powodu zresztą), że tworzone w Polsce komedie romantyczne nie należą do zbyt dobrych, a nawet do średniej jakości filmów, a są po prostu złe. Przewidywalne,  momentami żenujące, ze słabo napisanymi bohaterami i kwadratowymi dialogami. I choć można jeszcze zrozumieć postawę widza, który wybiera się do kina, by czerpać radość z rozrywki niewymagającej nadmiernego wysiłku intelektualnego – jak tu postawić się w roli zdolnego aktora teatralnego z aspiracjami, który pomiędzy kolejnymi wystawieniami Kordiana pojawia się w nieśmiesznych komediach z miłością w tytule?

Do niedawna zawsze zastanawiało mnie, dlaczego aktorzy o uznanym dorobku, mający na swoim koncie role, dzięki którym na trwałe zapisali się w historii polskiej sceny artystycznej, w pewnym momencie życia decydują się na wystąpienie w komedii romantycznej. Dlaczego np. Jan Englert, który od kilkunastu lat piastuje stanowisko dyrektora artystycznego Teatru Narodowego w Warszawie, zgodził się wystąpić w filmie tak słabo ocenianym jak Miłość jest wszystkim? Czemu Borysowi Szycowi, który na deskach teatru pojawiał się w takich sztukach jak Hamlet (i to w roli głównej) czy Proces, na kinowym ekranie zdarzają się udziały w produkcjach w rodzaju Listów do M. 3? Świetnych aktorów dramatycznych, którzy, z mniejszą lub większą częstotliwością, decydują się na udział w komediach romantycznych, można wymieniać jeszcze długo. Danuta Stenka, Agata Kulesza (tak, nawet ona – co bardzo mnie zdziwiło, ale sprawdziłam!), Maciej Stuhr (który przecież stosunkowo niedawno zaczął być kojarzony z ekranowymi amantami, wcześniej zaś wykreował kilka naprawdę mocnych postaci w filmach zupełnie innego typu – jak chociażby w głośnym Pokłosiu)… Czy wszyscy ci artyści, występując w produkcjach czysto komercyjnych, służących wyłącznie rozrywce, zazwyczaj wymagających swoistego zawieszenia niewiary i wyłączenia myślenia – zdradzają ideały, które powinny przyświecać aktorowi? Kiedyś bym tak powiedziała.

Ale teraz już tak nie twierdzę.

Zauważyłam, że chociaż żyjemy w czasach, w których, królują zdrowy rozsądek i racjonalne podejście do rzeczywistości, wciąż niektóre profesje otacza pewna nutka mistycyzmu. Aktor przez duże powinien być artystą natchnionym, czującym potrzebę przekazywania za pomocą swojej gry prawdziwych emocji, poruszającym ważne tematy społeczne i egzystencjalne. Niektórzy aktorzy, ci z pierwszej ligi, ze względu na swoje umiejętności traktowani są przez niektórych fanów niemalże z nabożną czcią. W całej tej narracji zapominamy jednak o jednym istotnym fakcie – bycie aktorem oznacza wykonywanie pewnego zawodu. A zawód to zgodnie z definicją Słownika Języka Polskiego:

wyuczone zajęcie wykonywane w celach zarobkowych.

Aktorzy, tak jak wszyscy pozostali członkowie społeczeństwa, muszą mieć środki finansowe, by zapewnić jakiś byt sobie i swoim najbliższym. Mając tę myśl z tyłu głowy, naprawdę trudno się dziwić, że znani i utalentowani artyści, dotychczas występujący tylko w teatrze czy ambitnych produkcjach niskobudżetowych, czasami dadzą się skusić perspektywie wysokiego wynagrodzenia za występ w, być może nieco głupawej, komedii romantycznej. I jasne, na pewną znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że firmowanie swoim wizerunkiem produkcji miałkich, zupełnie bez polotu, to tak naprawdę sprzedawanie ideałów i zwykła chęć zysku. Wszak w teatrze też można dobrze zarabiać. Prawda jest jednak taka, że… Nie do końca. Według rankingu opublikowanego przez Gazetę Krakowską (link) aktorzy teatralni zatrudnieni na etacie (o który wcale nie łatwo) nie zarabiają w najlepszym razie nie więcej niż 4-5 tys. zł brutto. Czy to dużo, czy mało – zależy pewnie od perspektywy, bez wątpienia jednak taka kwota wydaje się niewspółmierna do popularności niektórych artystów. Danuta Stenka, którą na ulicy rozpozna pewnie 90 procent przechodniów, w Gazecie Wyborczej przyznała kiedyś, że na etacie w teatrze zarabia 4,5 tys. zł. Kwota ta wydaje się zaskakująca i jakby niepasująca do wykreowanego w mediach wizerunku aktora, któremu występy mają przecież przynosić sławę i pieniądze.

Patrząc na to wszystko, trudno się dziwić, że osoba, często po kilku próbach dostania się do szkoły teatralnej i po wielu latach nauki i profesjonalnego treningu – chce otrzymywać wynagrodzenie godziwe  i współmierne do wysiłku włożonego w swoją edukację. Jeśli występy w komediach, czy to romantycznych, czy też nie, mogą przynieść artystom pieniądze, naprawdę nie widzę problemu. Zwłaszcza, że zarobki uzyskane z udziału w produkcjach komercyjnych, aktorzy często przeznaczają na prowadzenie własnych teatrów, w których promują kulturę wyższą, a więc nieco bardziej wymagającą. Być może właśnie dlatego Tomasz Karolak pojawia się właściwie w każdej polskiej komedii romantycznej – po prostu musi z czegoś utrzymać swój warszawski teatr.

Jeśli podobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!
Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

Jedna myśl w temacie “Polskie komedie romantyczne a moralność

  1. Może trochę brutalne stwierdzenie, ale w dzisiejszych czasach wszystko jest na sprzedaż i ma swoją cenę. Aktorzy muszą umieć się sprzedać, bo jak napisałaś, zarobki w teatrze są marne. A nawet w najgorszym gniocie romantycznym dostaną co najmmiej kilka razy więcej.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s