Dla kogo Oscar i dlaczego nie dla „Romy”?

Tegoroczna ceremonia rozdania Nagród Akademii będzie inna niż poprzednia – nie tylko dlatego, że nie udało się wytypować jednego gospodarza gali. Wydaje się, że filmy nominowane za 2018 rok nie budzą aż tyle emocji co produkcje powstałe chociażby rok czy dwa lata wcześniej. Czy to dobrze, czy źle – można by się spierać. Fakt, że trudno jest jednoznacznie wskazać faworyta w kategorii Najlepszy Film, sprawia jednak, że całe rozdanie zapowiada się bardzo emocjonująco, bo szanse na wygraną są zaskakująco zbliżone i wiele może się wydarzyć.

Mimo usilnych starań, nie udało mi się obejrzeć wszystkich tytułów wytypowanych w tegorocznej stawce – nie widziałam Czarnej Pantery Vice’a.  Z tego też powodu trudno mi wybrać jednego faworyta 91. edycji Oscarów (bo być może właśnie któryś z tych dwóch filmów sprawiłby, że ugięłyby się pode mną kolana). Mam jednak wyrobione zdanie na temat pozostałych, które znalazły się w tegorocznej stawce i, chociaż część z nich podobała mi się raczej średnio, to doskonale rozumiem, dlaczego zostały one nominowane najsłynniejszej z filmowych nagród.

 

Bohemian Rhapsody

Świetna muzyka i choreografia, kostiumy i charakteryzacja odzwierciedlające klimat minionych dziesięcioleci – wszystkie te elementy sprawiają, że seans Bohemian Rhapsody (zwłaszcza w kinie) mija naprawdę  przyjemnie, bo człowiek czuje się niemalże jak na koncercie. Paradoksalnie jednak, film tak bardzo schematyczny, nastawiony na zapewnienie widzom rozrywki, wzbudza chyba największe kontrowersje ze wszystkich nominowanych tytułów. Wcale nie dlatego, że w sposób zbyt prowokacyjny eksponuje seksualność czy też sposób prowadzenia się Freddiego Mercury’ego – wręcz przeciwnie. Wiele osób zwraca uwagę na to, że w filmie została pokazana zbyt ugrzeczniona wizja muzyków rockowych, przez co Bohemian Rhapsody nie oddaje w pełni historii Queen.

Osobiście bawiłam się na Bohemian Rhapsody naprawdę dobrze – na tyle, że postanowiłam iść do kina dwa razy. Jednocześnie jednak mam świadomość, że film ten zupełnie nie pasuje do tej oscarowej stawki. Przeczytałam gdzieś kiedyś, że Oscary nie odzwierciedlają tego, jak wygląda amerykańskie kino, ale mają pokazywać, do jakiego poziomu Hollywood powinno dążyć. I chociaż uważam, że filmy przede wszystkim służą zapewnieniu odbiorcy rozrywki, to jednak nie jestem pewna, czy chciałabym, żeby za wzór dla innych twórców stawiano produkcje aż tak komercyjne.

Podobny obraz

Faworyta

Jeżeli miałabym wskazać mojego faworyta tegorocznego rozdania Nagród Akademii, to bez wahania wybrałabym właśnie Faworytę. Nie tylko dlatego, że po seansie wyszłam z kina absolutnie zachwycona. Najnowszy film Lanthimosa, reżysera tyleż oryginalnego, co dla niektórych po prostu zbyt trudnego, to doskonałe połączenie angażującej historii, pełnokrwistych charakterów i zabawy formą – i właśnie tego rodzaju produkcje powinny być moim zdaniem nagradzane. Produkcje, które z sukcesem łączą gusta szerokiej publiczności z nieoczywistymi zabiegami artystycznymi.

Choć akcja Faworyty rozgrywa się na osiemnastowiecznym dworze angielskim, przedstawioną na ekranie historię z powodzeniem można odnieść do współczesności. Lanthimos, w charakterystycznym dla siebie stylu, skupia się bowiem nie tyle na odwzorowaniu ówczesnych realiów, co na pokazaniu skomplikowanych relacji łączących trzy główne bohaterki – królową Annę (w tej roli genialna Olivia Colman),  jej prawą rękę Sarah (Rachel Weiss), oraz Abigail (Emma Stone), nowoprzybyłą do pałacu dziewczynę, która dość szybko pnie się po szczeblach kariery i zdobywa bardzo silną pozycję. Intrygi dworskie, mechanizmy działania władzy i zawierania sojuszy – widzieliśmy to w filmach kostiumowych już setki razy, a mimo to reżyser zdołał podejść do tematu w zupełnie świeży sposób, epatując abstrakcyjnym humorem, często w najmniej spodziewanych momentach. Pod płaszczykiem starej jak świat historii o pragnieniu władzy kryją się jednak problemy jak najbardziej aktualne  – bohaterki, choć na pozór silne i bezwzględne, gdzieś w głębi zmagają się z lękiem przed samotnością i odrzuceniem. Olivia Colman moim zdaniem zagrała w Faworycie rolę życia, jednak Emma Stone i Rachel Weiss również nie pozostają w tyle . Wszystkie trzy wykreowały na ekranie postaci, które z jednej strony odrzucają swoim zepsuciem, z drugiej zaś – fascynują.

 Jeśli jeszcze nie widzieliście Faworyty, to jak najszybciej wybierzcie się do kina, bo zdecydowanie aktorstwo, historia i sposób jej poprowadzenia są tego warte. A w czasie ceremonii rozdania nagród – trzymajcie mocno kciuki.

Znalezione obrazy dla zapytania the favourite

 

Greenbook

Żyjemy w czasach tryumfu liberalizmu, równość stanowi ponoć jedną z najważniejszych wartości przyświecających ludzkości, a Amerykanie mieli już czarnoskórego prezydenta (i to przez dwie kadencje!). Mimo to w Stanach Zjednoczonych rasizm ciągle stanowi poważny problem, co znajduje swoje odzwierciedlenie także w tytułach nominowanych w tym roku do Oscara. Aż dwa z wyróżnionych przez Akademię filmów dotyczą właśnie problemu rasizmu – ujmują go jednak w zupełnie odmienny sposób. Do mnie jednak bardziej niż Czarne bractwo przemawia Greenbook.

Reżyser Greenbook nie eksperymentuje z formą, jego film to w zasadzie klasyczne kino drogi, a przedstawioną na ekranie historię da się streścić w kilku krótkich zdaniach. Tony Lip, potomek włoskich emigrantów zamieszkujący nowojorski Bronx, dostaje propozycję pracy w charakterze kierowcy dla znanego pianisty, który planuje odbyć trasę koncertową po Południu Stanów Zjednoczonych. Pracodawca płaci sto dolarów tygodniowo, teoretycznie więc Tony nie powinien mieć żadnych wątpliwości, zwłaszcza że potrzebuje pieniędzy – sęk w tym, że rzeczony pianista, doctor Shirley, jest czarnoskóry. Główny bohater może jeszcze pokonać swoje uprzedzenia, największy problem stanowi jednak kierunek, w którym mają wyruszyć obaj panowie. Bo chociaż akcja filmu rozgrywa się w latach 60., a od wydarzeń opisanych w Przeminęło z wiatrem, minął bez mała wiek, to trzeba pamiętać, że mieszkańcy Południa wciąż nie darzą szczególną sympatią przedstawicieli rasy innej niż biała. Film świetnie zwraca uwagę na pewien aspekt dyskryminacji, o którym zdążyliśmy już trochę zapomnieć, a mianowicie – podkreśla, że część białych Amerykanów potrafiła w jednym momencie zachwycać się twórczością czarnoskórych artystów, by chwilę później okazywać im swoją wyższość. Wszystkie te poważne kwestie zostały w Greenbook przedstawione z dużą dawką humoru i może właśnie dlatego ten film tak bardzo przypadł mi do gustu – o istotnych problemach społecznych wcale nie trzeba zawsze opowiadać, popadając w dramatyczne nuty. Zamiast tego można pokazać historię kameralną, ciepłą i wzruszającą, która, choć przedstawia tylko wycinek pewnego zjawiska, robi to w sposób bardzo ujmujący. Dobrze, że Akademia też doszła do takiego wniosku.


Znalezione obrazy dla zapytania greenbook

Czarne bractwo. BlacKkKlansman

Choć Czarne bractwo  niesie podobny antyrasistowski przekaz co Greenbook, film Spike’a Lee ma zgoła inny klimat. Greenbook to taka ciepła historia, którą za kilka lat z powodzeniem można będzie puszczać w telewizji na Gwiazdkę zaraz po Kevinie, Czarne bractwo zaś, mimo że także zawiera sporą dawkę humoru, momentami uderza w bardzo mroczne tony, próbując zdiagnozować sytuację społeczno-kulturową Stanów Zjednoczonych początku lat 70.

Już czytając sam opis fabuły, można dojść do wniosku, że historia przedstawiona przez Spike’a Lee jest absurdalna. Ron Stallworth (David Washington), pierwszy czarnoskóry policjant w Colorado Springs, aby dowieźć swojej wartości jako funkcjonariusz, na własną prośbę z obyczajówki przenosi się do innego wydziału i postanawia zrobić coś spektakularnego. A mianowicie – przeniknąć do struktur KuKluxKlanu. W realizacji tej beznadziejnej, zdawałoby się, misji, pomaga mu grany przez Adama Drivera Flip, drugi policjant, który jednak w strukturach KuKluxKlanu także nie może czuć się zbyt komfortowo, ponieważ jest Żydem. Spike Lee z jednej strony podejmuje bardzo poważny temat, z drugiej strony jednak – bawi, choć w wielu momentach wywołuje u widza raczej śmiech nerwowy (bo czy wypada się śmiać z rasistowskich haseł i tego, że część bohaterów filmu naprawdę święcie w nie wierzy?).

Czarne bractwo na pewno stanowi ważny głos w amerykańskiej dyskusji o tym, czym rasizm jest dzisiaj i dlaczego wciąż, pod koniec drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku, pozostaje tak aktualnym problemem. Zupełnie nie zgadzam się z oskarżeniami części publiczności, jakoby reżyser, stosując elementy komediowe, zbytnio spłycał poważny problem, jakim jest brak tolerancji. Wydaje mi się wręcz, że gdyby tak trudną tematykę przedstawić w zbyt surowym tonie, bez momentów humorystycznych, wiele osób odbiłoby się od tego filmu. A niewątpliwie Czarne bractwo warto obejrzeć – chociażby po to, by porównać sobie klimat społeczno-polityczny lat 70. z obecną sytuacją w Stanach Zjednoczonych. Momentami Spike Lee aż nazbyt wyraźnie odnosi się do prezydentury Donalda Trumpa. Podejrzewam, że Akademia, której nie po drodze z republikańską administracją, może zechcieć nagrodzić  Czarne bractwo właśnie z powodu tak jawnej krytyki obecnego rządu – i przyznam, że mam z tym pewien problem. Bo choć wiadomo, że nie da się zupełnie odseparować polityki od kultury, to jednak wolałabym, żeby sympatie polityczne twórców i głosujących gremiów nie stanowiły głównego kryterium wyboru najlepszego filmu zeszłego roku…

Znalezione obrazy dla zapytania czarne bractwo

 

Narodziny Gwiazdy

Bradley Cooper z pewnością chciałby otrzymać Oscara za swój debiut reżyserski – wątpię jednak, by tak się stało. Przyznam szczerze – trochę nie wiem, dlaczego ten film trafił do najważniejszej oscarowej kategorii. Bo chociaż nie uważam, żeby Narodziny Gwiazdy były złym filmem (pełną recenzję znajdziecie tutaj), to jednak trudno mi wskazać jeden element, który zadecydował o tym, że Akademia postanowiła wyróżnić właśnie tę produkcję spośród setek innych powstałych w zeszłym roku.

W Narodzinach Gwiazdy przedstawiono historię, którą na ekranie widzieliśmy już wszyscy, i to nie raz. Sam tytuł nawiązuje do dramatu nakręconego w latach 30,, w którym zamiast pary piosenkarzy przedstawiono losy pary aktorów. Nie zrozumcie mnie źle – nie ma nic złego w sięganiu po stare sprawdzone historie. Ważne jest jednak, by spróbować opowiedzieć je niejako na nowo, zmieniając nieco wydźwięk, reinterpretując pewne motywy, czy kładąc nacisk na kwestie inne niż te poruszone w pierwowzorze. I chociaż trzeba przyznać, że pod względem muzycznym Narodziny Gwiazdy zachwycają, to… No cóż, sama fabuła jest trochę wtórna i zupełnie niedostosowana do realiów społecznych, w których obecnie żyjemy. W latach 30. zupełnie zrozumiałe było to, że mężczyzna mógł się czuć nieco zagubiony w sytuacji, w której jego żona odnosi większy niż on sukces. Fakt, że bohater Bradleya Coopera kilkadziesiąt lat później również ma problem z tym, że jego kobieta realizuje się na polu zawodowym… No cóż, daje do myślenia.

Znalezione obrazy dla zapytania narodziny gwiazdy

 

 Roma

Wiem, wiem, wszyscy zachwycają się Romą i trochę nawet nie wypada mieć złego zdania na temat najnowszego filmu Alfonso Cuarona. Film, który krytycy opisują, używają epitetów takich jak przepiękny, genialny czy fenomenalny, ja opisałabym jednak tylko jednym słowem. Nudny.

Być może zamiast oglądać Romę na Netflixie, powinnam była wybrać się do kina, aby na dużym ekranie w pełni dostrzec doskonałość formy i wspaniałe zdjęcia. Wydaje mi się jednak, że spotęgowanie wrażeń estetycznych wcale nie zmieniłoby moich odczuć względem tego filmu, skoro to właśnie z jego stylistyką mam największy problem. Pisząc te słowa, być może narażam się na krytykę, dla mnie Roma to jednak przeraźliwy przerost formy nad treścią. Owszem, najnowsze dzieło Cuarona to film bardzo wysmakowany, pod względem wizualnym dopracowany do perfekcji, jednak momentami surowe kadry są tak przestylizowane, że trudno zaangażować się w fabułę, która, szczerze mówiąc – szczególnie mnie nie porwała. Argument, że w Romie nie chodzi o wartką akcję, ale właśnie o walory estetyczne, jakoś do mnie nie przemawia. Pawlikowski w Zimnej wojnie dowiódł, że artystyczne ujęcia mogą iść w parze z poruszającą, absorbującą uwagę historią. Cuaron jakby o tym zapomniał i chociaż uważam, że meksykański reżyser mógłby zgarnąć statuetkę za najlepsze zdjęcia – to w przypadku kategorii Najlepszy Film mam już spore wątpliwości.

Znalezione obrazy dla zapytania roma cuaron

Jeśli podobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!

 

 

 

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

2 myśli w temacie “Dla kogo Oscar i dlaczego nie dla „Romy”?

    1. O, to ciekawe, bo większość widzów (nawet tych, którym „Bohemian Rhapsody” całkiem się podobało, uważa, że film nie m szansy na statuetkę i dziwi się, że w ogóle znalazł się wśród nominowanych. Najwyraźniej jednak jest też grono osób, które kibicują właśnie tej produkcji.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s