Twoja prywatna filozofia czytania

Ten wpis chodził mi po głowie już od dłuższego czasu. Od momentu, gdy zauważyłam, że nawet jeśli wszyscy czytamy podobne książki, każdy z nas może mieć zupełnie inne podejście do czytelnictwa. Wybieramy nowe tytuły, kierując się różnymi pobudkami, czytamy w różnych godzinach i miejscach, traktujemy książki z nabożną niemal czcią, albo wręcz przeciwnie – tylko jak zadrukowane kawałki papieru… To wszystko składa się na prywatną filozofię czytelniczą każdego człowieka. I nawet jeśli nie do końca świadomie zdajemy sobie sprawę z tego, że przez lata wypracowaliśmy sobie indywidualne podejście do literatury, to czasem może warto zastanowić się nad swoją techniką czytelniczą?

 

Książka – sacrum czy profanum? 

Jedną z fundamentalnych kwestii, nierzadko powodującą spory między osobami czytającymi, którą należy rozstrzygnąć, próbując zdefiniować swój stosunek do czytania – jest podejście do książki jako przedmiotu. Niektórzy ludzie zakładają na książki okładki jak na zeszyty w podstawówce, tudzież boją się otworzyć dany tom pod kątem większym niż 45 stopni, co by nie pozaginać grzbietu. Inni – podczas lektury narkotyzują się, wąchając papier, którego woń rzekomo dodaje całemu doświadczeniu dodatkowego uroku (cóż z tego, że przy okazji wdycha się klej, grzyby i roztocza?). Budowanie wokół książki takiej sakralno-magicznej otoczki jakoś nigdy mnie nie przekonywało. Jasne – w trakcie czytania można przenosić się do fantastycznych, baśniowych krain, ale te podróże odbywają się z pomocą wyobraźni. Nie trzeba od razu odczyniać nad książką jakichś rytuałów. Mam bardzo praktyczny stosunek do książek, odkąd w podstawówce wycięłam z encyklopedii zwierząt zdjęcie niedźwiedzia polarnego, którego potrzebowałam do zrobienia plakatu. I choć nie zachęcam nikogo do podejmowania tak drastycznych kroków i obecnie dbam o wszystkie pozycje, które znajdują się w moim posiadaniu, nie zaginam rogów, nie wykorzystuję słowników do robienia łowickich wycinanek – to jednak apeluję, nie dajmy się zwariować. Książka to mimo wszystko przedmiot użytkowy. Nie wyobrażam sobie, żeby na przykład nie spakować jej do torebki w obawie przed tym, że pobrudzi mi się okładka. Ważna jest treść, a nie otoczka.

books, indoors, pages

Jak sobie radzić z klęską urodzaju?

W podstawówce i gimnazjum czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce i co było w domu albo w bibliotece. Przeczytałam pewnie setki książek, ale jeśli wziąć pod uwagę fakt, że wiele z nich wchodziło w skład jakichś serii… No cóż, okazuje się, że wcale nie było ich tak dużo. Bo cóż z tego, że na półce mam wszystkie książki Trudi Canavan albo cały cykl o przygodach Felixa, Neta i Niki, skoro tak naprawdę tych dwadzieścia pozycji składa się na dwie tylko historie? W dodatku o obiektywnie dość miernej wartości literackiej (choć to bez znaczenia, bo i tak zawsze będę miała do nich duży sentyment). W okolicach liceum powoli zaczęłam brać większą odpowiedzialność za moje wybory czytelnicze. Bo kiedy na świecie istnieje tyle ciekawych, wartościowych utworów, trochę szkoda marnować czas na czytanie pozycji średniej jakości (co nie znaczy, że czasami nie jest miło sięgnąć po jakiś durny kryminał albo powieść dla młodzieży – gdyby człowiek całe życie czytał Dostojewskiego, chybaby zwariował). Jak jednak wybierać książki warte przeczytania? Moim zdaniem dobrym rozwiązaniem jest korzystanie z różnego rodzaju rankingów i sięganie po autorów nagradzanych w różnych konkursach literackich. Snobizm? Raczej ułatwianie życia. Takie zestawienia bywają bardzo pomocne. Kojarzycie takie uczucie dezorientacji, kiedy próbujecie wybrać film na Netflixie i przez pół godziny scrollujecie tylko listę, nie mogąc się na nic zdecydować? No właśnie. Trzeba umieć sobie radzić w takich sytuacjach.

Nie przeczytam tyle, ile mam wzrostu

Kiedyś w internecie bardzo popularne było wyzwanie polegające na tym, że człowiek zobowiązywał się przeczytać w roku tyle książek, by suma szerokości ich grzbietów odpowiadała wzrostowi danej osoby. Dwukrotnie podejmowałam próbę sprostania temu zadaniu, dwukrotnie – bez sukcesów. Zawsze brakowało mi jakichś dwudziestu centymetrów i w okolicach listopada zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem nie przerzucić się na książki z dużymi literami albo w grubych oprawach, żeby szybciej zrealizować swój cel. Przyznajcie sami – to zupełnie bez sensu. W moim odczuciu wyzwania czytelnicze często bardzo często sprowadzają obcowanie z literaturą do kolekcjonowania tytułów, do odhaczania pozycji, z którymi człowiek wprawdzie się zapoznał, ale nie wywołały one u niego głębszej refleksji. Nie odkryję Ameryki, pisząc, że lepiej iść w jakość, a nie w ilość, coś jednak w tym stwierdzeniu jest. Zupełnie nie odnajduję się w wyzwaniach czytelniczych, co nie oznacza, że uważam je za złe z założenia. Myślę, że dla niektórych osób mogą stanowić motywację, żeby w ogóle obcować z literaturą – a to już coś. Każdy powinien jednak sam ocenić, czy chce rywalizować z samym sobą i innymi osobami w internecie, bo nie każdemu taki system odpowiada. Po prostu.

Za leczenie u ortopedy zapłaci biblioteka…

Na szczęście nie należę do ludzi, którzy do czytania potrzebują ciszy i spokoju. Wręcz przeciwnie, mogę czytać na stojąco w tramwaju, w metrze, w poczekalni u lekarza, a w przeszłości i pod ławką na lekcji. Czytanie w różnych dziwnych miejscach ma moim zdaniem jeden niepodważalny walor – pomaga produktywnie wykorzystać czas, który w przeciwnym razie spędzilibyśmy, wbijając tępe spojrzenie we współtowarzyszy podróży czy zmagań z polską służbą zdrowia. Bardzo imponują mi ludzie, którzy zawsze mają w torbie czy plecaku jakąś książkę. I jasne, ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko niepotrzebne dźwiganie i niszczenie sobie kręgosłupa… Serio? Wydaje mi się, że nawyk permanentnego czytania jest mimo wszystko dużo mniej szkodliwy niż na przykład palenie papierosów. Z dwojga złego lepiej mieć więc już przy sobie papierowe wydanie Przeminęło z wiatrem niż paczkę fajek.

Kupować czy nie kupować? Oto jest pytanie 

Próbując zdefiniować swoją prywatną technikę czytelniczą, nie można uniknąć odpowiedzi na pytanie: kupować czy wypożyczać? Z ekonomicznego punktu widzenia nabywanie książek na własność to chyba rzeczywiście średnio opłacalna inwestycja. Bo tak naprawdę ile razy ktoś przeczyta daną pozycję? Raz, może dwa. Trochę więcej, jeśli wspaniałomyślnie udostępni się swoją kolekcję rodzinie i znajomym. Te argumenty brzmią bardzo rozsądnie – co nie zmienia faktu, że jednak fajnie jest przez lata zapełniać półki w swoim regale, by wreszcie spojrzeć na nie z satysfakcją, że człowiek tyle w życiu przeczytał. Inna sprawa, gdy książki traktuje się jak dekorację niczym nieróżniącą się od roślin doniczkowych, a potem nigdy nie sprawdza się nawet, co jest na pierwszej stronie. No cóż… O takich przypadkach wolę się nie wypowiadać. Osobiście lubię posiadać książki na własność, a regał, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi, to chyba ulubiony mebel w moim pokoju. Będąc jednak w pełni świadoma tego, że magazynowanie książek to w pewnym stopniu marnotrawstwo, zawsze chętnie pożyczam książki, jeden mój kolega od czasów podstawówki ma u mnie nawet założoną kartę biblioteczną. Kiedy stwierdzam, że najprawdopodobniej już nigdy w życiu nie sięgnę po daną powieść – najzwyczajniej w świecie przekazuję ją dalej albo oddaję do biblioteki. Wydaje mi się, że w czasach, gdy masowo wycina się lasy, jest to jakiś złoty środek między ekstrawaganckim hobby a rozsądkiem.

beverage, book, caffeine

Macie podobne poglądy dotyczące książek, czy wręcz przeciwnie – Wasza filozofia czytania wygląda zupełnie inaczej? Na co dzień człowiek nie zastanawia się nad tym, jaki właściwie ma stosunek do książek. A może by warto?

 

 

Jeśli podobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!

 

 

 

 

 

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

13 myśli w temacie “Twoja prywatna filozofia czytania

  1. Świetny wpis! Również uważam, że książka to przedmiot przede wszystkim użytkowy. Nie trawię przesadnego wielbienia czytania ani wynoszenia go na piedestał względem innych źródeł rozrywki. O książki dbam (szczególnie jeśli są pięknie wydane), ale nie mam nic przeciwko, by wyglądały na używane. Ponadto uważam, że nadawanie nowego życia starym książkom – wyrywanie kartek, wycinanie stron i inne formy artystycznego wyrazu, to świetna inicjatywa i szalenie lubię oglądać takie prace. Staram się kupować/wypożyczać tylko te książki, które potencjalnie mogą mi się spodobać lub mam je na oku od dłuższego czasu. Zwykle patrzę na okładki – myślę, że po przeczytaniu tych x książek i znajomości x okładek jestem w stanie z grubsza rozpoznać, która pozycja będzie mi odpowiadać. Oczywiście istnieje pewien margines błędu (złe książki w dobrych okładkach i na odwrót), ale zwykle jeden rzut oka na przód i tył wystarczy by stwierdzić, czy dana pozycja będzie mi pasować. Lubię czytać przy muzyce (najczęściej są to soundtracki z gier i filmów). Gęste tłumy i hałas nigdy nie były dla mnie większą przeszkodą w lekturze. W podstawówce oddałem do szkolnej biblioteki niemal całą moją kolekcję Kaczora Donalda, bo przestałem go czytać i stwierdziłem, że w wypożyczalni jest stanowczo za mało komiksów.

    Polubienie

    1. Dziękuję 🙂
      Teraz nasunęła mi się taka myśl, że w ogóle w większości bibliotek komiksów jest bardzo mało – tak jakby ta forma sztuki była podrzędna wobec innych form literatury. Trochę szkoda, bo komiksy kojarzą nam się głównie z superbohaterami czy właśnie z Kaczorem Donaldem, a jak ktoś głębiej nie interesuje się tematem, to nie wie nawet, że powstają całe powieści graficzne dotyczące bardzo szerokiego spektrum tematów, od polityki, przez sensację, po problemy mniejszości społecznych.

      Polubione przez 1 osoba

  2. Ja wole kupić książkę niż wypożyczyć. Nie wiem dlaczego, ale w bibliotece czuje się obco. Natomiast będąc w księgarni, jestem w swoim żywiole. Co do książek. Rzadko korzystam z jakiś top list książek. Raczej chodze po księgarni i wyszuje czegoś ciekawego. Aby urzekła mnie jaka$ książka musi posiadać interesującą okładkę i treściwy opis. Co ciekawe książki, które czytałem i miały trampki na okładce zawsze były świetne. Jeśli chodzi o traktowanie książek to moje podejście budzi czasem kontrowersje, ponieważ zdarza mi się zakreślać w moich ulubionych książkach najciekawsze cytaty. Mało tego. Od czasu do czasu robię na stronach także swoje komentarze do tego, co powiedział lub zrobił bohater książki. Dbam o nie lecz uważam, że czysta książka to nie książka. To jest podejrzane 🙂 Po prostu po stanie książki widać jak czesto była czytana 🙂 Ale to nie znaczy, że mamy umyślnie niszczyć książki.

    Polubienie

    1. Jeśli chodzi o komentarze dopisane w książce, gdy po raz pierwszy czytałem Harry’ego Pottera i Zakon Feniksa (był to egzemplarz z biblioteki), ktoś dopisał swoje złośliwe komentarze wszędzie tam, gdzie w tekście występowała Dolores Umbridge. Ten ktoś był obdarzony cudownym poczuciem humoru, jego dopiski były nieziemsko zabawne. Bardzo rzadko spotykam książki z dopisanymi komentarzami, ale gdy tak się dzieje, zawsze albo mam ubaw, albo dostrzegam podczas lektury coś, czego nie zauważyłbym bez dopisków.

      Polubione przez 1 osoba

  3. Ja jeśli mam wydanie książki, które jest w jakiś sposób wyjątkowe – dbam o nią jak o eksponat i wówczas nie zapakuję jej do torebki w obawie o uszkodzenie. Bo generalnie książka w torebce być musi – jak tu się ruszyć z domu nie mając tekstu przy sobie…? 😉
    Dla mnie książka to też często podręcznik do nauki języka obcego, mam do każdego języka osobną „książkę treningową”, która jest przeznaczona do pisania po niej, zakreślania, przyklejania karteczek, etc. zależy co mi się rzuci w oczy 🙂

    Polubienie

  4. Niestety książki traktuję bardzo instrumentalnie. To, że któraś będzie cierpiała w kącie na nadmiar pajęczyn albo pogniecione, powyrywane przez psa strony niespecjalnie mnie obchodzi. Wszystko przez to, że mam dobrą pamięć i później nie potrzebuję już ich czytać.

    Polubienie

  5. Przez długi czas kupowałam książki – trochę tych „do przeczytania” się uzbierało… bo jak nie skorzystać z promocji 70% taniej bądź nie wstąpić do księgarni, gdzie najbardziej znane tytuły można kupić za grosze. I nie mówię tu o antykwariacie. Poza tym księgarnie internetowe również robią swoje. Na chwile obecną musiałam zaprzestać kupowaniu książek faktycznie z przyczyn czystko ekonomicznych 😀 jednak mając do wyboru kupno bądź wypożyczenie – wybieram kupno (oczywiście w ramach rozsądku) 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s