Niektóre piosenki śpiewa się tylko raz – recenzja „Mamma Mia! Here we go again”

W przypadku kasowych produkcji, które zdobyły ogromną popularność, pokusa dla producenta jest często zbyt silna, by powstrzymać się przed nakręceniem kontynuacji. Nawet, kiedy już na wstępie wiadomo, że sequel nie ma szans powtórzyć sukcesu oryginału. W rezultacie może powstać film bardzo przeciętny, który nie tylko nie dorównuje poziomem pierwszej części, ale wręcz niszczy to wszystko, co udało się zbudować w pierwowzorze. Film taki jak Mamma Mia! Here we go again. 

Znalezione obrazy dla zapytania mamma mia 2

Recenzja nie zawiera spoilerów.

Pamiętacie, jak skończyła się pierwsza część Mamma Mia! ? Donna (bohaterka Meryl Streep) po dwudziestu latach zeszła się z Samem (granym przez Pierce’a Brosnana), a jej córka Sophie (Amanda Seyfried) wraz ze swoim narzeczonym Sky’em (Dominic Cooper) odpływają z wyspy łodzią w romantycznym blasku księżyca, by zwiedzać świat, kolekcjonować wspomnienia i cieszyć się młodością. Wszyscy mieli żyć długo i szczęśliwie… Przynajmniej do momentu, w którym ogłoszono, że rozpoczęto prace nad drugą częścią musicalu. Wtedy wiadomo już było, że w tej pogodnej, pełnej muzyki historii muszą pojawić się jakieś problemy, bo nakręcenie drugiego filmu pokazującego istny raj na ziemi i roześmianych ludzi, którzy nie mają żadnych trosk – raczej mijałoby się z celem. Twórcy sequela podzielili akcję na dwa plany czasowe, pierwszy – obrazujący młodość Donny, oraz drugi – w którym Sophie przygotowuje się do otwarcia na wyspie wyremontowanego hotelu. I o ile młodzieńcze perypetie Donny budzą jeszcze jakieś emocje, o tyle wątek współczesny wydaje się napisany trochę na kolanie, a trudności, z którymi boryka się Sophie, właściwie mało widza obchodzą. Otóż, dziewczyna obawia się, że przyjęcie zorganizowane z okazji otwarcia pensjonatu, nie wypali. Dwaj z trzech jej ojców nie mogą przyjechać, bo w tym konkretnym terminie mają akurat inne zobowiązania. Potem menadżer hotelu (grany przez Andy’ego Garcię) przewiduje, że w dniu imprezy rozpęta się wielka burza. Los rzuca Sophie pod nogi same kłody, to oczywiście bardzo przykre, ale… Czemu po prostu nie przełożyć uroczystości?

Znalezione obrazy dla zapytania mamma mia here we go again

Wątek współczesny wypada zdecydowanie słabiej niż retrospekcje ukazujące młodzieńcze wojaże Donny. Przed seansem byłam bardzo ciekawa, jak poradzą sobie młodsze wersje postaci znanych z pierwszej części. Zaskoczę Was – casting nie był aż tak tragiczny, jak można by się spodziewać. Jasne, Lily James to nie Meryl Streep (Meryl Streep jest wszak tylko jedna), ale na ekranie wypada naprawdę dobrze, przez cały czas bije od niej ogromna radość. No i potrafi śpiewać, co w musicalu wydaje się dosyć kluczowe. Bardzo dobrze dobrano też młodsze wersje ojców Sophie, pod względem podobieństwa fizycznego zdecydowanie najlepiej obsadzono aktora, który wcielił się w młodego Billa. Chłopak, który gra młodego Harry’ego, fałszuje prawie tak bardzo jak Colin Firth, ale jednocześnie, przy całej swej nieporadności, ma sporo uroku osobistego. Najwięcej zastrzeżeń mam chyba do postaci Sama – wielkiej miłości Donny, przez którą bohaterka najwięcej w życiu wycierpiała. Młody Sam ani trochę nie przypomina Pierce’a Brosnana z czasów, kiedy ten grał Bonda. Niby to zarzut, który łatwo odeprzeć, wszak w musicalu wiele elementów to kwestia umowna, i ten brak podobieństwa nie przeszkadzałby mi tak bardzo, gdyby między Jeremym Irvine’m (młodym Samem) a Lily James było w filmie więcej chemii. Tej jednak zabrakło, do tego stopnia, że zaczęłam się zastanawiać, dlaczego Donna zakochała się bez pamięci akurat w nieco efemerycznym architekcie, a nie w Billu, z którym spędziła na ekranie podobną ilość czasu?

 Young Donna with young Bill, played by Lily James and Josh Dylan. Jonathan Prime / Universal Pictures

Im dłużej zastanawiam się nad tym, co zobaczyłam w kinie, tym więcej mam wątpliwości dotyczących logiki pewnych wydarzeń i wyborów bohaterów. Nie zrozumcie mnie źle – nie oczekuję od musicalu pokroju Mamma mia! niezwykle skomplikowanej fabuły, do której zrozumienia będę musiała wznieść się na prawdziwe wyżyny intelektualne. Mogę bawić się dobrze, zawieszając na czas seansu niewiarę i wyłączając myślenie. Nie przeszkadzają mi ludzie, którzy w połowie dialogu nagle zaczynają bez powodu śpiewać i tańczyć – taka uroda tego gatunku. Nie cierpię jednak, kiedy twórcy sequela zapominają (albo ignorują) wydarzenia, które rozegrały się w pierwszej części, a które mają znaczenie w kontynuacji historii. W Mamma mia! z 2008 roku dowiedzieliśmy się, że matka wyrzuciła Donnę z domu, kiedy dowiedziała się o ciąży bohaterki. W sequelu okazuje się, że Donna wyjechała i zerwała kontakt z matką dużo wcześniej. Brak konsekwencji ujawnia się również w kwestii okoliczności, w których Donna weszła w posiadanie domu na wyspie. Z pierwszej części można by wywnioskować, że dostała go od jakiejś babki czy ciotki Billa. Okazuje się, że jednak nie – podarowała go jej jakaś stara Greczynka, ewidentnie niespokrewniona z żeglarzem ze Skandynawii. Ja rozumiem, że zmienił się scenarzysta, ale serio – czy tak trudno było sprawdzić, jakie informacje podano w pierwszej części?

Zdjęcie numer 1 w galerii -

Mimo tych wszystkich niedoskonałości, o których już wspomniałam, nie mogę napisać, że Mamma Mia! Here we go again to film, na którego seansie bardzo cierpiałam i miałam ochotę wyjść z kina. Owszem, przy niektórych scenach miałam ochotę zapaść się głębiej w fotel z zażenowania (na przykład wtedy, gdy rozpętała się ta wielka i straszliwa burza na miarę huraganu Katrinaco to miało być w ogóle?), ale Mamma Mia! to taka produkcja, której nie da się oglądać bez szerokiego uśmiechu na twarzy. To przede wszystkim film bardzo ciepły i pogodny, a momentami naprawdę zabawny – zwłaszcza, gdy na ekranie pojawiają się aktorzy znani z pierwszej części. Widać, że Colin Firth i Stellan Skarsgård świetnie bawią się na planie i nie traktują całego tego przedsięwzięcia zbyt poważnie. Dynamitki, czyli przyjaciółki Donny i ciotki Sophie, jak zawsze wprowadzają dużo humoru, momentami ocierającego się o slapstick, który jednak jest raczej uroczy niż żenujący. Jedynie Pierce Brosnan wydaje się przez cały czas bardzo cierpieć. Ale wiecie, nie dlatego, że jest stary i obłożnie chory, ale raczej tak, jakby miał biegunkę i musiał po prostu doczekać do końca zdjęć. Co ma swoje plusy – bo przynajmniej nie śpiewa za dużo.

Znalezione obrazy dla zapytania mamma mia 2

Mamma Mia! Here we go again na pewno nie jest filmem dobrym. Mało tego – jest filmem gorszym niż jedynka. Co nie zmienia faktu, że można się na nim całkiem dobrze bawić, jeśli tylko człowiek nastawi się na wakacyjną rozrywkę z ładnymi widokami i chwytliwymi piosenkami – i nic ponadto.

Jeśli podobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!

 

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

Jedna myśl w temacie “Niektóre piosenki śpiewa się tylko raz – recenzja „Mamma Mia! Here we go again”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s