„Przebudzenie dusz” – najlepszy horror roku?

Plakat filmowy stylistyką nawiązujący do It Dark z pewnością miał wywołać u fanów ekranizacji powieści Kinga oraz serialu Netflixa pozytywne skojarzenia i zachęcić ich do przyjścia do kina. I chociaż sama zaliczam się do grupy miłośników tych dwóch produkcji, to jednak zobaczywszy afisz reklamujący Przebudzenie dusz, nie zapałałam nagłą chęcią obejrzenia tego horroru określanego mianem najlepszego od lat. Głównie dlatego, że budowanie kampanii marketingowej na banalnych sloganach i sukcesie innych marek jest, po prostu, słabe. A kiedy dystrybutor sam stwierdza, że jego film to najlepsza produkcja roku, dekady czy okresu rozliczeniowego, to zapala mi się czerwona lampka. Czy słusznie?

Recenzja nie zawiera spoilerów.

Główny bohater filmu, profesor Goodman, zawodowo zajmuje się wyjaśnianiem zjawisk paranormalnych. Tropi oszustów podających się za media, rozwiązuje zagadki nawiedzonych domów, demaskuje fałsz i zabobon, doszukując się we wszystkim racjonalnego wyjaśnienia. Pewnego dnia mężczyzna staje jednak przed zadaniem, któremu nie sprostał nawet jego największy autorytet z dzieciństwa – profesor Cameron. Goodman ma mianowicie rozwikłać trzy sprawy, w których domniemywać by można działania sił nadprzyrodzonych. Początkowo badacz jest przekonany, że po raz kolejny uda mu się udowodnić, że duchy i demony należą tylko do sfery ludzkich wyobrażeń, z czasem jednak bohater zaczyna nabierać poważnych wątpliwości.

Opis akcji  brzmi dosyć sztampowo, przyznajcie sami. Rzeczywiście. Sama konstrukcja fabuły nie wydaje się szczególnie nowatorska, ot – profesor Goodman, tak jak wielu innych bohaterów nie tylko w horrorach, ale przede wszystkim w kryminałach czy dreszczowcach, odwiedza kolejne osoby, by wydobyć od nich zeznania i, akurat w tym przypadku, dowiedzieć się, jak przebiegały ich spotkania z siłami nadprzyrodzonymi. Widzieliśmy to na ekranach już milion razy – czy milion pierwszy naprawdę wniesie coś nowego? Okazuje się, że tak.

Bardzo rzadko chodzę na horrory, bo nie lubię się bać. Jeśli już jednak zdarzy mi się przyjść do kina należący do tego gatunku – muszę przyjąć pewną taktykę, która pozwoli mi przetrwać kilkadziesiąt (czy, o zgrozo, kilkaset) minut seansu bez palpitacji serca. No i tą taktyką zazwyczaj jest  wyszukiwanie w filmie fragmentów głupich i absurdalnych, które pozwolą mi się śmiać, zamiast wbijać paznokcie w oparcie fotela. Jeśli ma się dobre towarzystwo, to komentując absurd widoczny na ekranie, można po wyjściu z kina stwierdzić, że obejrzało się zupełnie inną produkcję, niż zamierzyli sobie twórcy. Przez pierwszych kilkanaście minut wydawało mi się, że Przebudzenie dusz musi być bardzo słabym horrorem, skoro tak łatwo da się go wyśmiać. Po kolejnych kilkunastu minutach stwierdziłam, że być może takie oscylowanie między dreszczowcem a komedią wcale nie jest przypadkiem, a wręcz przeciwnie – reżyserzy Jeremy Dyson i Andy Nyman zdają się zupełnie świadomie igrać z przyzwyczajeniami publiczności, odwracają utarte schematy, zmieniają konwencję, jednocześnie pamiętając o tym, że Przebudzenie dusz co jakiś czas powinno widza naprawdę przestraszyć. I robi to. Nawet całkiem sprawnie.

Przebudzenie dusz to film bardzo brytyjski, i to nie tylko za sprawą obsadzonych w nim aktorów (tak na marginesie – już samo nazwisko Martina Freemana powinno przed seansem zasiać ziarno wątpliwości, czy aby na pewno horror reklamowany jako objawienie roku w ogóle da się zaklasyfikować jako horror). Przede wszystkim zaprezentowany przez twórców humor wydaje mi się bardzo wyspiarski – mamy tutaj trochę absurdu, wyśmiewanie się z konwencji, obracanie niemalże każdej sytuacji w żart. Pod względem formalnym Przebudzenie dusz jest naprawdę ciekawym eksperymentem i naprawdę trudno się do czegokolwiek przyczepić. Jeśli jednak chodzi o samą fabułę… No cóż – tutaj sytuacja przedstawia się nieco gorzej. Bo o ile każda z trzech historii o zjawiskach paranormalnych osobno trzyma w napięciu i jest naprawdę interesująca, o tyle można odnieść wrażenie, że twórcy nie za bardzo wiedzieli, jak połączyć te segmenty w jedną całość. W rezultacie, jeśli tylko obejrzało się w życiu więcej niż pięć filmów – ostatecznego rozwiązania można domyśleć się na pół godziny przed finałem. A to niestety psuje zabawę z całego seansu.

Czy dawać Przebudzeniu dusz szansę? Myślę, że tak, chociażby z tego względu, że scenariusz powstał na podstawie sztuki teatralnej swego czasu święcącej triumfy na londyńskim West Endzie. Horrory rzadko wystawiane są na deskach teatru, warto więc sprawdzić, jakaż to historia zjednała sobie serca krytyków zarówno filmowych, jak i właśnie teatralnych. Jeśli nie przemawia do Was ten argument – wybierzcie się do kina po prostu, po to, żeby dobrze się bawić. Nie liczcie jednak na najstraszniejszy horror, jaki widzieliście w życiu. Bo takim filmem Przebudzenie dusz nie jest. Ale też chyba nigdy nie miało być.

Jeśli podobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!

 

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

7 myśli w temacie “„Przebudzenie dusz” – najlepszy horror roku?

  1. Dla mnie horrory są po prostu straszne – nie ma w ogole szansy, żebym je oglądała, bo potem siedzę pod kołdrą i trzęsę się jak osika. I nie ma tutaj nic do rzeczy czy horror jest bardzo czy mało straszny 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s