Zabijmy się jeszcze raz – czy drugi sezon „Trzynastu powodów” był potrzebny?

Po pierwszym sezonie Trzynastu powodów wydawało się, że w sprawie śmierci Hannah Baker nie ma już nic do dodania. Wprawdzie twórcy zostawili sobie pewną furtkę umożliwiającą ewentualną kontynuację serialu, gdyby okazało się, że produkcja przyniesie zyski, jednak trudno było sobie wyobrazić, w jaki sposób można by rozwinąć historię, która sprawiała wrażenie kompletnej. Zwęszywszy okazję, Netflix przywrócił Hannah do świata żywych (niemalże dosłownie). Tylko co z tego wyszło?

Recenzja zawiera spoilery.

 

Akcja drugiego sezonu Trzynastu powodów rozgrywa się wokół procesu sądowego wytoczonego szkole, do której chodziła Hannah, przez rodziców zmarłej dziewczyny. Osadzenie narracji na tym motywie nie jest może rozwiązaniem szczególnie oryginalnym (wszak według tego samego schematu przebiega chociażby drugi sezon Broadchurch), jednak na pewno jest to rozwiązanie dosyć bezpieczne, które w przypadku tej historii sprawdza się bardzo dobrze. Tak jak w pierwszym sezonie produkcja posiadała jasno określony cel cel, tj. wyjaśnienie przyczyn samobójczej śmierci Hannah, tak też i w drugiej odsłonie fabuła zmierza w bardzo konkretnym kierunku – widz ma w napięciu czekać na ogłoszenie wyroku sądu. Trzeba od razu wyraźnie zaznaczyć, że sprawa Bakerowie vs. Liberty High nie jest najbardziej emocjonującym procesem, jaki kiedykolwiek pokazano na ekranie. Prawniczka reprezentująca liceum od początku sprawia wrażenie zimnej, pragmatycznej suki, do której mamy odczuwać antypatię, a adwokat Bakerów temperamentem przypomina bardziej wiejskiego notariusza niż wschodzącą gwiazdę palestry. Właściwie mało nas interesuje, czy szkoła zostanie pociągnięta do odpowiedzialności, czy też nie – zresztą, sami twórcy bardzo szybko jako głównego odpowiedzialnego za samobójstwo nastolatki zaczynają nam przedstawiać Bryce’a, a nie liceum, do którego uczęszczała Hannah. Widać tutaj pewną niekonsekwencję scenariuszową, ale… Paradoksalnie, ten brak konsekwencji wcale tak bardzo nie przeszkadza, bo cały proces ma tworzyć tylko pewne ramy dla opowiadanej historii, nie zaś stanowić centrum opowieści. Jako taki spełnia więc swoją rolę całkiem nieźle.

Skoro więc nie o procesie, to o czym tak naprawdę jest drugi sezon Trzynastu powodów? Odpowiedź może zabrzmieć trochę przewrotnie – o życiu po samobójstwie. Przed premierą nowych odcinków zastanawiałam się, czy przypadkiem Netflix nie zdecydował się nakręcić historii o samobójstwie kolejnego nastolatka (tylko co tym razem miałby po sobie zostawić? płyty?). Na szczęście tego nie zrobił. W zamian zaprezentował nam opowieść o losach poranionych nastolatków z problemami, których tragedia sprzed kilku miesięcy niczego nie nauczyła. Oczywiście, produkcja ma sporo nieścisłości fabularnych, można przyczepiać się do kwadratowych dialogów i momentami bardzo sztucznej gry aktorskiej, ale jeśli weźmie się pod uwagę najważniejszą myśl płynącą z drugiego sezonu – całość wypada naprawdę nieźle. Po obejrzeniu pierwszego sezonu można by odnieść wrażenie, że wszyscy bohaterowie (no, może z wyjątkiem Bryce’a) przemyśleli sobie swoje dotychczasowe zachowanie i zmienią swoje życie na lepsze. Drugi sezon świetnie pokazuje, że dramatyczne wydarzenia może i wstrząsają opinią publiczną i lokalną społecznością, ale nigdy na długo. Po tym, jak miną największe emocje, trzeba żyć dalej, niezależnie od tego, w jakim stopniu człowiek uporał się z traumą – po stracie dziecka, przyjaciółki, po gwałcie, czy po próbie samobójczej…

Można się zastanawiać, czy ogólna wymowa i szczytny cel rekompensują wszelkie niedociągnięcia czy problemy, z jakimi zmaga się produkcja. W moim odczuciu to bardzo zależy od nastawienia. Jeśli człowiek usiądzie do oglądania serialu z zamiarem wyłapywania różnych głupotek na poziomie scenariusza – niewykluczone, że po trzynastu godzinach stwierdzi, że zmarnował ponad pół doby życia. Mnie akurat drugi sezon Trzynastu powodów podobał się bardziej niż pierwszy i jestem w stanie przymknąć oko na pewne problemy. Co nie oznacza, że ich nie dostrzegam…

Przede wszystkim – nie da się nie zauważyć, że część wątków pojawiających się w nowych odcinkach była pisana na kolanie. Czy ktokolwiek jest w stanie uwierzyć w związek Hannah i Zacha? Gdybym patrzyła na jakąś zupełnie niezależną produkcję, niebędącą częścią większej całości, pomyślałabym, że relacja łącząca tych dwoje jest całkiem urocza. Problem w tym, że w tę relację NIE da się uwierzyć. W poprzednim sezonie między bohaterami granymi przez Katherine Langford i Rossa Butlera nie ma żadnej chemii, z fabuły w żadnym momencie nie wynika, że tych dwoje mogło coś łączyć. Dość nieporadne wydaje mi się także przywrócenie Hannah do życia. Dziewczyna ukazuje się Clayowi, ale tak właściwie, to nie wiemy, czy jest ona duchem, czy tylko wytworem jego chorej wyobraźni. Skłaniałabym się bardziej ku temu drugiemu stwierdzeniu, bo Clay zupełnie nie panuje nad swoimi emocjami i niejednokrotnie zachowuje się jak niestabilny psychicznie, ale z jakiegoś powodu serial próbuje nas przekonać, że chłopak jest najrozsądniejszą postacią z całej obsady. Coś mi tu zgrzyta.

Pewnym utrudnieniem w odbiorze całości jest też tempo. Serial dość długo wskakuje na właściwe tory i przez trzy pierwsze odcinki dłuży się niemiłosiernie. Gdyby tak skrócić   sezon z trzynastu, do, powiedzmy, dziesięciu odcinków, myślę, że fabuła tylko by na tym zyskała. Zwłaszcza, że w odbiorze wielu widzów naprawdę emocjonujące wydarzenia zaczynają rozgrywać się dopiero pod koniec. Jeśli jednak Was to pocieszy – muzyka w nowej odsłonie Trzynastu powodów jest moim zdaniem dużo lepsza. Po pierwszym sezonie w pamięci zapadł mi tylko jeden kawałek, a teraz na mojej playliście znalazły się aż trzy. Jest więc postęp.

Czy drugi sezon był potrzebny? Niekoniecznie, historia uczniów Liberty High mogłaby dalej istnieć w takiej formie, w jakiej przedstawiono ją w pierwszym sezonie. Sądzę jednak, że dobrze się stało, że nakręcono kontynuację, nawet jeśli nie wszystkie jej aspekty wyszły idealnie. Niewiele jest produkcji dla młodzieży, które poruszają poważne i aktualne problemy w tak mocny sposób. I chociaż z naszej europejskiej perspektywy część wydarzeń i motywów może się wydawać mocno przerysowana i oderwana od rzeczywistości, to myślę, że w Stanach na taki serial, opowiadający o prawdziwym życiu, czekało sporo nastolatków.

Jeśli podobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!

 

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

2 myśli w temacie “Zabijmy się jeszcze raz – czy drugi sezon „Trzynastu powodów” był potrzebny?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s