Po wielkim finale, czyli dlaczego przestałam oglądać „Riverdale”?

Możecie mi wierzyć bądź nie, ale do oglądania drugiego sezonu Riverdale podeszłam z dużą dozą entuzjazmu. Mało tego – przez kilka pierwszych odcinków naprawdę podobało mi się to, co zaprezentowali nam twórcy. W pewnym momencie jednak zabrakło chyba głosu rozsądku, który powiedziałby scenarzystom STOP i w rezultacie – produkcja, która tak mile zaskoczyła mnie w pierwszym sezonie, pozostawiła mnie z uczuciem rozczarowania. Z kilku powodów, o których poniżej.

Wpis zawiera spoilery.

Riverdale zaczęłam oglądać trochę przypadkiem, jak to zresztą zwykle bywa, gdy człowiek z nudów bada niezmierzone zasoby Netflixa. Będąc w pełni świadomą faktu, że nie jest to serial szczególnie ambitny, przebrnęłam przez całość w dwa dni. Nie każda produkcja musi poruszać ważne problemy społeczne czy starać się zagłębiać zanadto w psychologię postaci – w pierwszym sezonie Riverdale urzekli mnie sympatyczni bohaterowie, intryga i sposób, w jaki komiksowy styl narracji został przeniesiony na ekran. Serial mało kiedy trzymał się zasad, jakie rządzą rzeczywistością, w żadnym momencie nie obrażał jednak inteligencji widza – pod warunkiem, że ten przyjął konwencję zaproponowaną przez twórców. I właśnie to jest chyba największa różnica pomiędzy pierwszym a drugim sezonem. Mam wrażenie, że scenarzyści tym razem wyszli z założenia, że skoro tylu fanów chce śledzić losy Archiego i jego przyjaciół, to nieważne, jaką głupotę pokaże się gawiedzi – gawiedź i tak to kupi. No cóż – śmiem twierdzić, że nie do końca.

Co nie zadziałało? Przecież na początku wydawało się, że to świetny pomysł, by uczynić drugi sezon bardziej mrocznym od poprzedniego. Koncepcja wyjściowa była więc całkiem słuszna, gorzej z jej realizacją. Przede wszystkim – cały sezon był za długi i wlókł się niemiłosiernie. Dwie dłuższe przerwy pomiędzy odcinkami sprawiły, że cała historia traciła rozpęd, a widz po powrocie, zamiast roztrząsać dramatyczne wydarzenia sprzed kilku tygodni, w sumie nie za bardzo pamiętał, co właściwie wydarzyło się ostatnio w Riverdale. A zresztą… Nawet gdyby pamiętał i przez trzy tygodnie zastanawiał się nad dalszymi losami bohaterów serialu, to i tak niewiele to zmieniało, bo w pewnym momencie ciągłość fabularna pomiędzy poszczególnymi odcinkami została właściwie zmarginalizowana. Rzeczy w Riverdale po prostu się dzieją, ale zdają się nie mieć żadnego wpływu na rozwój charakterologiczny postaci. Albo sprawiają, że bohaterowie wprawdzie zaczynają się zachowywać inaczej, ale nie tak, jak podpowiadałaby to logika w danej sytuacji. Przyjrzyjmy się chociażby Veronice. Początkowo nie dopuszczała do siebie myśli, że jej ojciec może prowadzić jakieś nielegalne interesy i cały czas miała do Hirama pretensje, że rok wcześniej trafił do więzienia. Ale kiedy rodzice wprowadzają córkę w tajniki rodzinnego interesu, dziewczyna jest wręcz wniebowzięta, a w pewnym momencie niemalże sama zajmuje stanowisko szefa mafii. Czy ktoś tu widzi jakiekolwiek psychologiczne prawdopodobieństwo?

Odnoszę wrażenie, że scenarzyści, przed przystąpieniem do pracy nad drugim sezonem, wypisali sobie na kawałku brystolu najpopularniejsze wątki pojawiające się w kinie w ostatniej dekadzie i postanowili wrzucić je wszystkie do jednej produkcji. Tak by uczynić z Riverdale mieszankę kryminału, serialu obyczajowego i filmu akcji – oczywiście mieszankę doprawioną odpowiednią dozą teen dramy. Nie twierdzę, że takie połączenie gatunkowe nie jest możliwe, uważam jednak, że w przypadku Riverdale na etapie konstruowania fabuły trochę zaburzono proporcje, na czym traci sama historia. W jednym odcinku widzimy na ekranie Betty tańczącą półnago w nocnym klubie, a już w następnym – Betty, trochę może strapiona, przyznaję, siedzi sobie grzecznie w szkole i Riverdale na chwilę znowu staje się typowym serialem o licealistach. Inny przykład – kiedy Fred Andrews nie może znaleźć środków na opłacenie swojego leczenia, na naszych oczach rozgrywa się swego rodzaju dramat rodzinny. Ale kiedy Lodge’owie opłacają terapię ojca Archiego, wszystko wydaje się w porządku, cały wątek odchodzi w zapomnienie, by twórcy mogli nam teraz pokazać trochę kina szpiegowskiego z agentem Adamsem w roli głównej. Zauważcie pewien paradoks – drugi sezon jest znacznie dłuższy od pierwszego (co niekoniecznie musiało być wadą), a mimo to brakuje w nim czasu, by rozwinąć, czy nawet odpowiednio zakończyć, pewne wątki. Jak widać, więcej nie zawsze znaczy lepiej. 

 

Oczywiście, problemy, o których piszę powyżej, to zarzuty ściśle formalne – przy odrobinie dobrej woli można by przymknąć na nie oko i cieszyć się śledzeniem historii bez zwracania uwagi na jakąś tam ciągłość fabularną. Jeśli darzy się sympatią bohaterów, całej produkcji można wiele wybaczyć. Z tym że… Bohaterowie, których w pierwszym sezonie naprawdę dało się lubić, w tym najwyraźniej cofnęli się w rozwoju i zaczęli robić tak dziwne i niepokojące rzeczy, że w pewnym momentach było mi głupio, że muszę oglądać ich poczynania. Serio – były takie sceny, w których czułam się zażenowana. Jak na przykład wspomniana scena w klubie czy wypowiedź Jugheada na temat tego, jakim chłopak jest dziwakiem. Ktoś musiał napisać tę kwestię. Jestem ciekawa, czy Cole Sprouse wcześniej czytał scenariusz – możliwe że nie, w przeciwnym razie jego uszy pewnie zaczęłyby krwawić i może uniknęlibyśmy tej niezręcznej wymiany zdań.

Uogólniając, można powiedzieć, że w drugim sezonie każdy co najmniej raz musi zrobić coś głupiego, by popchnąć akcję do przodu. Jak wtedy, gdy Kevin idzie do lasu szukać miłości (swoją drogą – to kolejny wątek, do którego serial już później nie wraca). Głupie. Albo gdy Penelope Blossom jest taka okrutna dla Cheryl – w sumie bez wyraźnego uzasadnienia. Głupie. Postępowanie ojca Betty w stosunku do Chica? Zupełnie irracjonalne.  Założenie przez Archiego Czerwonego Kręgu? Też niepotrzebne, bo w pewnym momencie wszyscy zapominamy, że to stowarzyszenie (sekta?) w ogóle istnieje. Czy mam wymieniać dalej?

Najgorzej poprowadzony wątek to jednak (o ironio!) wątek Blackhooda, na którym powinien się przecież opierać cały serial. To sztuczne wydłużenie akcji najbardziej zaszkodziło chyba właśnie tej części historii – kilka razy mylono tropy, by pod koniec odcinka okazało się, że Blackhood jednak przechytrzył naszych bohaterów. Czy jednak ktokolwiek był zdziwiony w połowie sezonu, kiedy okazało się, że szkolny woźny to jednak nie zamaskowany psychopata siejący postrach w miasteczku? Śmiem wątpić, bo cały motyw został przedstawiony w sposób aż nazbyt przewidywalny – Blackhood działał według ściśle określonego schematu, w każdym odcinku brał na celownik innego bohatera, pierwszo- bądź drugoplanowego, a kiedy wydawało się, że sprawiedliwość w końcu dosięgnie mordercę, nasz złoczyńca zawsze zdołał jakoś przechytrzyć bohaterów. I tak przez kilka odcinków z rzędu. W pewnym momencie było mi już właściwie wszystko jedno, kto zabijał i jakie miał motywacje.

Pierwszy sezon Riverdale był miłą niespodzianką. Drugi – okazał się przykrym rozczarowaniem. A szkoda – bo gdyby się nad tym zastanowić, to nie ma zbyt wielu seriali młodzieżowych, które jednocześnie zapewniają lekką rozrywkę i nie obrażają inteligencji widza.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

10 myśli w temacie “Po wielkim finale, czyli dlaczego przestałam oglądać „Riverdale”?

  1. OMH Betty śpiewająca w tym klubie i ten pokaż nagości…. żenada. Najgorsze co mogło być. A co do całego sezonu. Źle. Jeszcze przed połową zaczęło się walić i się waliło do końca. Ja oglądałam do końca z nudów i w sumie chciałam już dokończyć jak zaczęłam. Ale ten serial spadł, oj spadł…. Pozdrawiam.

    Polubienie

  2. I jestem 🙂
    Ostatnie odcinki oglądałam raczej z przymusu niż dla przyjemności. Pojawiły się tam takie babole jak misja ratunkowa w szpilkach i z dekoltami do pępka…
    Twórcy okazali się leniwi, bo pokazali wiele wątków, które nagle zostały zakończone i nie wracali do nich. A bohaterowie zmieniali się jak pogoda w kwietniu. Sama już nie wiedziałam, jak na to patrzeć.

    I teraz mam problem, co oglądać, bo trochę mi się odechciało cokolwiek oglądać…

    Polubienie

    1. Chyba nie znam nikogo, kto z czystym sercem mógłby powiedzieć, że drugi sezon „Riverdale” mu się podobał. Niektórzy ludzie chwalą poszczególne elementy, ale jako całość… No wiesz sama.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s