Dzień dobry. To jest mój setny wpis.

Kiedy rok temu, w ramach przedmaturalnej prokrastynacji, zakładałam tego bloga, nie  spodziewałam się, że będę go prowadzić jeszcze rok później. Doświadczenie w blogosferze mam już spore – zaczynałam w podstawówce od bloga o psach, na którym publikowałam skopiowane z wikipedii informacje o poszczególnych rasach i obowiązkowo dołączałam do nich stylowe gify. Potem na Onecie miałam blog z opowiadaniami, kilka razy mój wpis znalazł się nawet w Polecanych. Kilka lat temu postanowiłam założyć blog o podróżach, ale (ups) zapomniałam, że nie mam za co podróżować, a te miejsca, które odwiedzam sporadycznie, w sumie nie są aż tak bardzo ciekawe. Tematyka wszystkich tych tworów wydaje się dosyć zróżnicowana, ale łączy je jeden wspólny element – każdy z nich porzuciłam po mniej więcej dwóch, trzech miesiącach. A tutaj piszę już ponad rok i nadal mi się nie znudziło. Aż sama siebie zaskoczyłam.

Sto wpisów dla jednych może być liczbą bardzo dużą, a dla innych – znikomą. W polskiej blogosferze działają wszak blogerzy, którzy na swoim koncie mają i po kilka tysięcy postów. Niezależnie od tego, jaki punkt odniesienia przyjmiemy – te dwa zera po jedynce sprawiają, że sto to taka ładna, okrągła liczba. A ludzie przy okazji różnych okrągłych  rocznic lubią robić sobie podsumowania. No to i ja sobie zrobię.

Co mi dało prowadzenie bloga? Na pierwszy rzut oka – wymiernych korzyści jest niewiele, bo pieniędzy z pisania nie mam, a poświęcam mu  jednak sporo czasu i wysiłku. Przygotowanie jednego wpisu to – w zależności od pomysłu, ochoty, humoru i tego, ile razy będę musiała wstawić wodę na herbatę, którą piję hektolitrami – średnio od dwóch godzin do dwóch dni. W przypadku recenzji seriali można do tego wyniku dodać jeszcze dziesięć godzin potrzebnych na obejrzenie przeciętnej długości sezonu. Dużo? Jak pomyślę, na co bym mogła przeznaczyć ten czas… To dochodzę do wniosku, że pewnie i tak przeznaczyłabym go na oglądanie filmów i pisanie. Tyle że do szuflady. Ta utrata cennych minut jest więc tylko pozorna.

Co w ogóle skłania człowieka do opublikowania swojego pierwszego tekstu w Internecie? Motywacje mogą być bardzo różne, wydaje mi się jednak, że nawet jeśli początkowo tworzy się tylko dla siebie, to z czasem zaczyna się pisać bardziej z myślą o czytelniku. Zwłaszcza, jeśli czytelnik reaguje (mniej bądź bardziej entuzjastycznie) na to, co ktoś na swoim blogu zamieścił – zarówno w komentarzach, jak i twarzą w twarz. Nie ma chyba dla blogera większej satysfakcji niż ta, którą odczuwa, gdy nagle podczas wymiany zdań z, dalszym bądź bliższym, znajomym, jego rozmówca niby mimochodem nawiązuje i ustosunkowuje się do ostatniego wpisu. Niekoniecznie wychwalając  go pod niebiosa – nawet lepiej, jeśli czytelnik ma inne zdanie i chce go bronić, bo wtedy pojawia się szansa na przeprowadzenie ciekawej dyskusji. Paradoksalnie, bardzo miłe są też wszystkie wiadomości, w których życzliwi ludzie wytykają mi literówki, nieścisłości czy inne głupoty. Zawsze cieplej mi się robi na sercu, kiedy ktoś poświęci te pięć sekund, żeby pomóc mi skorygować coś, czego sama nie dopilnowałam. Nawet jeśli robi to w nieco ironiczny sposób. Odrobina sarkazmu – zawsze mile widziana.

Blogowanie wiąże się dla mnie nie tylko z pisaniem. Pisząc regularnie, człowiek nabiera większej łatwości w formułowaniu myśli i posługiwaniu się językiem –  to jasne. Jednak warstwa stylistyczna to przecież nie wszystko. O jakości tekstu nie świadczy to, jak szybko autor stuka w klawiaturę i jak dużo synonimów jest w stanie wyciągnąć z głowy. Kiedy, publicznie zabiera się głos na określony temat, nie wystarczy mieć o danej dziedzinie tylko podstawowe pojęcie. Prowadzenie bloga to niesamowity impuls do wszechstronnego rozwoju – do czytania tekstów osób bardziej kompetentnych, do nadrabiania zaległości filmowych, do wyszukiwania coraz to nowych informacji. Nie mam, broń Boże, aspiracji, by kiedykolwiek zostać domorosłym autorytetem w dziedzinie kultury i sztuki, ale co przeczytałam i obejrzałam – to moje.

Jestem ciekawa, czy po opublikowaniu dwusetnego wpisu (mam nadzieję, że dotrwam) spojrzę na tę notkę i stwierdzę, że dzisiaj wszystko napisałabym inaczej. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie będzie. Już teraz niezbyt lubię wracać do postów sprzed dwunastu miesięcy i najchętniej niektóre z nich bym usunęła, ale trzymam je jako swego rodzaju materiał porównawczy. Czy tak samo będę myśleć za rok? To się okaże. A na razie – trzeba pisać.

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

6 myśli w temacie “Dzień dobry. To jest mój setny wpis.

  1. Gratuluję i trzymam mocno kciuki za kolejnych 200 wpisów!
    PS. Czekam na recenzję nowego odcinka Riverdale – bardzo chętnie z kimś porozmawiam o tym, co zrobili nam twórcy ;(

    Polubienie

    1. Teraz czuję się trochę winna, ale… przestałam oglądać „Riverdale”, bo bardzo zaczęło mnie irytować to sztuczne przeciąganie fabuły. Chyba napiszę o tym osobną notkę, bo drugi sezon miał sporo problemów

      Polubienie

  2. Na początku chciałbym pogratulować wytrwałości i napisania tych stu wpisów! Sam prowadzę blog od roku i czasami nie potrafię napisać jednej notki w tygodniu (a co dopiero stu w ciągu całego roku!). Na razie przekroczyłem barierę 50 wpisów i mam wrażenie, że pisze mi się coraz lepiej – chociaż lenistwo i chęć prokrastynacji są te same co rok temu. Wszystkiego dobrego i następnych stu wpisów!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s