Gdyby Tilda Swinton była mopsem – recenzja „Wyspy psów”

W dużym uproszczeniu można stwierdzić, że istnieją tylko dwa rodzaje animacji – te dla dzieci, i te dla dorosłych, w których wykorzystywany humor jest może nie prostszy, ale na pewno bardziej prostacki niż w produkcjach dla najmłodszych (patrz: Sausage Party). Wyspy Psów Wesa Andersona nie da się zaklasyfikować ani jako bajki, ani jako komedii animowanej osiemnaście plus. Co właściwie nie powinno nikogo dziwić, bo przecież wszystkie wcześniejsze filmy Andersona są tak inne od reszty pozycji we współczesnym kinie, że doprawdy trudno mówić o przyporządkowywaniu ich do szerszych kategorii.

Recenzja nie zawiera spoilerów.

Przyznam szczerze, że miałam pewne obawy przed wybraniem się na Wyspę Psów. Przez długi czas animacja poklatkowa kojarzyła mi się tylko z Misiem Uszatkiem, którego w dzieciństwie nie cierpiałam, bo ze wszystkich dobranocek, jakie na początku XXI wieku leciały w telewizji, wydawał mi się najbrzydszą, pod względem wizualnym, bajką. Zawsze denerwował mnie fakt, że, nawet nie w pełni świadomie, byłam w stanie dostrzec, iż ruch przedstawionych na ekranie postaci nie jest do końca płynny. I o ile po umiem już docenić ogrom pracy twórców, którzy muszą w kolejnych scenach przesuwać poszczególne obiekty o kilka milimetrów, o tyle mój niesmak do tej techniki realizacji pozostał. Zastanawiałam się, czy forma, za którą nie przepadam, będzie mi przeszkadzała w śledzeniu fabuły. Nie przeszkadzała. Powiem więcej – strona techniczna to zdecydowanie najbardziej zachwycający element Wyspy psów. 

Zanim jednak zacznę rozwodzić się nad stroną wizualną całej produkcji, warto chyba w kilku słowach streścić, o czym opowiada cały film. Kilka słów rzeczywiście może wystarczyć, by nakreślić całą sytuację, bo fabuła nie jest szczególnie skomplikowana – w niedalekiej przyszłości w Japonii wybucha epidemia psiej grypy, w związku z czym totalitarny władca miasta Megasaki, Kobayashi, prywatnie miłośnik kotów, decyduje o usunięciu z metropolii wszystkich psów i zesłaniu ich na Wyspę Śmieci. Burmistrz nie zezwala na czynienie żadnych wyjątków od swego rozkazu, w związku z czym na przymusowe przesiedlenie zostaje także skazany jego własny pies, Ciapek – ukochany czworonóg dwunastoletniego Atariego, adoptowanego syna Kobayashiego. Jak się łatwo domyśleć, Atari nie może pogodzić się ze stratą przyjaciela. I robi to, co na jego miejscu zrobiłby każdy dwunastolatek występujący w filmie po to, by pchnąć akcję do przodu – wyrusza Ciapkowi na ratunek.

Wyspa Psów to w pewnym sensie kino drogi – bo Atari wraz ze spotkanymi czworonogami musi przejść całą wyspę w poszukiwaniu swego przyjaciela; trochę film akcji – głównie za sprawą tego, co dzieje się na szczytach władzy Megasaki; wreszcie, jest to komedia, z bardzo jednak specyficznym humorem charakterystycznym dla wszystkich filmów Adersona. Żarty wykorzystywane w filmie są bardzo zróżnicowane i nie dotyczą tylko warstwy językowej – komizm budują przede wszystkim postaci (psów oczywiście) i absurd całej sytuacji. Kwestie, które padają z pysków (bo przecież nie z ust) bohaterów to połączenie inteligentnego dowcipu z mniej bądź bardziej istotnymi prawdami na temat życia. Od słuchania dialogów, jak to często ma miejsce, nie bolą uszy, a wręcz przeciwnie – fakt, że w obsadzie znalazły się tacy aktorzy jak Jeff Goldblum (którego wielbię od premiery Thor: Ragnarok),  Edward Norton (którego kocham od czasu Figh Clubu) czy Tilda Swinton (którą czczę od niepamiętamkiedy), sprawia, iż cały seans zyskuje dodatkowy element rozrywkowy w postaci możliwości dopasowywania szczeknięć do podkładających je głosów.

Niezależnie od tego, czy Anderson kręci filmy z żywymi aktorami, czy też decyduje się na jakąś bardziej awangardową produkcję (wszak Wyspa Psów to nie jego pierwsza animacja poklatkowa), aspekty techniczne zawsze są przez niego dopracowane do perfekcji. Symetrycznych kadrów i spójnej palety kolorystycznej nie brak i w najnowszym dziele reżysera. W internecie można znaleźć wiele grafik przedstawiających układy barw w poszczególnych filmach Andersona – myślę, że kadry z Wyspy Psów już niedługo dołączą do tej pokaźnej kolekcji (tak na marginesie te palety Andersona mogą stanowić świetną inspirację dla wszystkich osób planujących wymienić całą swoją szafę; kupując ubrania w barwach zaproponowanych przez reżysera, na pewno skompletuje się spójną kolorystycznie garderobę).

Wyspa Psów to… film Andersona. Tylko tyle i aż tyle. Jeśli uwielbiacie tego oryginalnego reżysera, na pewno zakochacie się w jego najnowszym dziele. Jeśli nie – pewnie Wyspa Psów Was nie przekona. Jeżeli natomiast nigdy w życiu nie słyszeliście o tej nietuzinkowej postaci, jaką jest Wes Anderson – marsz do kina! Nie gwarantuję, że seans Wam się spodoba, ale zapewniam, że czegoś takiego jeszcze nie widzieliście.

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

3 myśli w temacie “Gdyby Tilda Swinton była mopsem – recenzja „Wyspy psów”

  1. Hym, czuję, że to nie byłoby dla mnie. Ja w ogole jako dziecko nie miałam żadnej ulubionej bajki (za to miałam ulubiony film, bo uwielbiałam Dirty Dancing, a najbardziej gorszącą dla mnie sceną była ta, w której John i Baby gołymi stopami tańczyli na konarze drzewa), więc do Misia Uszatka też nie pałałam miloscią. I to się raczej nie zmieniło 😉 chociaż nie! Lubiłam bardzo Krecika i jego ahju!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s