Jak żyć czyli na maturze świat się nie kończy

Czasami człowieka coś  nachodzi, a to coś jest bardzo trudne do sprecyzowania. Jedni nazwą to refleksją nad istotą świata, inni filozoficzną rozkminą albo próbą znalezienia sensu życia. Niezależnie od tego, jak określimy ten stan umysłu – ostatnio z całą mocą dotarło do mnie, jak wiele zmieniło się w moim życiu w ciągu ostatnich miesięcy. Gdyby o tej porze w zeszłym roku ktoś powiedział mi, że będę jeździć sama autostradą i rozliczać się z PIT-11 – chybabym nie uwierzyła.

Z jednej strony, jeszcze dobrze pamiętam, co się działo w mojej głowie w marcu i kwietniu 2017 roku, z drugiej zaś – mogę już spojrzeć na ostatnie miesiące nauki w liceum z dystansem. Jeszcze w połowie maja nie do końca wiedziałam, na jaki kierunek chcę składać papiery, miałam mnóstwo pytań, prawie żadnych odpowiedzi, a moje wyobrażenia dotyczące tego, jak wygląda studiowanie, bardzo rozminęły się z rzeczywistością. Rodzina (i chwała Bogu) absolutnie niczego mi nie sugerowała, więc gdyby jednak któraś z moich dorosłych decyzji okazała się nietrafiona, nie miałabym ewentualnie na kogo zwalić winy. Ale wiecie co (teraz zwracam się do wszystkich maturzystów, którzy, być może przypadkiem, trafili na ten tekst)? To wcale nie jest tak, że jak po maturze człowiek raz obierze jakąś ścieżkę, to już nigdy nie może się z niej wycofać.

Nie chcę się stawiać w roli autorytetu, który odkrył jakieś uniwersalne prawdy pomagające żyć. Patrząc jednak na doświadczenia moje i moich znajomych, przyszło mi do głowy kilka myśli, które wydały mi się warte zapisania

1. Lepiej  wybrać inną uczelnię niż inny kierunek

Mojej koleżance do dostania się na filologię angielską na Uniwersytecie Warszawskim zabrakło dwóch punktów. Niby tylko dwóch, ale biorąc pod uwagę liczbę kandydatów – to całkiem sporo. Pod koniec czerwca, na kilka dni przed zamknięciem rejestracji na studia, siedziałyśmy razem przy komputerze, scrollując strony UW w poszukiwaniu kierunku studiów, na który moja przyjaciółka mogłaby zostać przyjęta ze swoimi maturalnymi przedmiotami. Niezbyt udana strategia – nie polecam nikomu. Opracowywanie planu awaryjnego tuż przed tym, kiedy trzeba go wcielić w życie, nie może przynieść  dobrych rezultatów. W rezultacie koleżanka wylądowała na kierunku, który nie dość, że zupełnie jej nie interesuje, to jeszcze sprawia jej pewne trudności – kosztuje ją i dużo nerwów, i sporo pieniędzy, bo po pierwszej sesji musiała zapłacić za warunek. Patrząc na jej przypadek z perspektywy czasu, myślę, że lepiej by zrobiła, gdyby poszła na anglistykę na UKSW albo do Łodzi. Jasne, mówi się, że są to trochę gorsze uczelnie, ale w rzeczywistości wszystko i tak zależy od tego, jakich spotka się nauczycieli. A sądzę, że nawet gdyby moja przyjaciółka trafiła na nie najlepszych wykładowców, to i tak wyciągnęłaby ze studiów dużo więcej niż przez trzy lata męcząc się na wydziale, na którym ewidentnie cierpi.

2. Nie bój się zaryzykować

Podpisanie regulaminu studiów nie jest równoznaczne z podpisaniem cyrografu. To wcale nie działa tak, że jeżeli człowiek dostanie się na jakiś wydział, to musi na nim siedzieć do magisterki albo jeszcze dłużej. Pierwszy to moim zdaniem dobry moment na różnego rodzaju eksperymenty. Można iść na jakiś potencjalnie interesujący, ale mało przyszłościowy kierunek, a kiedy po roku zmieni się zdanie i stwierdzi, że zamiast tego woli się studiować ekonomię czy inną administrację – tak naprawdę nic się nie straciło. Człowiek wciąż ma dwadzieścia lat, przez swoją jedną błędną decyzję nie zmarnował sobie połowy życia, a wręcz przeciwnie  – zyskał świadomość, że dziedzina, która zawsze wydawała mu się fascynująca, w rzeczywistości aż tak porywająca nie jest.

3. Wykorzystaj nadmiar czasu

Po liceum, a zwłaszcza po intensywnej nauce w klasie maturalnej, przyjście na studia może się okazać pewnym szokiem. Nagle ma się mnóstwo czasu, wychodzi się z domu o 10, albo i o 15, po powrocie nie trzeba kuć na kartkówkę następnego dnia… Żyć nie umierać. Fajnie sobie odpocząć przez pierwszy miesiąc studiowania (chociaż – czy jest sens po czterech miesiącach wakacji?), ale potem warto znaleźć sobie jakieś zajęcie. Bo aż szkoda marnować cenny czas. Polecam znalezienie sobie jakiejś organizacji studenckiej, niekoniecznie działającej w obszarze związanym z dziedziną, którą studiujemy. Koła naukowe, teatry studenckie, czasopisma akademickie – wybór jest naprawdę duży. I wiem, że niektórym się nie chce i że niektórzy na pewno powiedzą, że przecież działanie w jakiejś organizacji zajmuje mnóstwo czasu. Z drugiej jednak strony, jeśli dobrze zastanowić się nad tą kwestią, można dojść do wniosku, że przecież tak naprawdę z tą ogromną ilością czasu wolnego nie ma co robić. Oglądanie seriali na Netflixie w którymś momencie się znudzi. Duma i poczucie satysfakcji z uczestniczenia w jakimś większym projekcie (takim jak chociażby Magiel) pozostanie. A i wpis do rubryki Doświadczenie w CV się przyda.

4. Najważniejsze: JAK WYBRAĆ TE STUDIA?!

To jest pytanie, na które odpowiedzi nie zna pewnie 99% maturzystów. Zazdroszczę ludziom, którzy od przedszkola mieli jasną wizję tego, co będą robić w przyszłości. Taka świadomość bardzo ułatwia ułożenie swojej ścieżki kształcenia. Wiadomo, że jeśli chce się zostać architektem, to wypadałoby się zapisać na jakiś kurs rysowania, bo przecież w szkole nikt cię nie nauczy rysować tak, jak tego wymagają na egzaminach wstępnych na polibudzie. Kiedy chce się zostać profesjonalnym sportowcem, to w okolicach matury trzeba mieć już za sobą poważne osiągnięcia co najmniej na szczeblu międzynarodowym. Co jednak z tymi wszystkimi ludźmi, którzy jeszcze w maju, po napisaniu ostatniej matury, wciąż nie mogą odetchnąć z ulgą, bo nie wiedzą jak żyć? 

Wybór kierunku studiów nie jest łatwym zadaniem i moim zdaniem nie istnieje jedna recepta na podjęcie w tej kwestii słusznej decyzji. Nigdy nie powinno się jednak dziać tak, że człowiek wymyśla sobie, że będzie wykonywał w przyszłości jakiś zawód, chociaż przez całe swoje dotychczasowe życie nie wykazywał najmniejszych predyspozycji do wykonywania tegoż zawodu. Ten, kto nigdy nie trzymał w ręku aparatu, nie powinien się raczej wybierać na fotografię. I tak dalej. Rozumiecie?

Problem pojawia się wtedy, gdy nie wiemy, w czym tak naprawdę jesteśmy dobrzy. W rozeznaniu tego może pomóc rozmowa z najbliższymi, ale uwaga – istnieją rodzice mądrzy, i ci mniej rozsądni. Jeśli mama albo tata bardzo chce ukierunkować swoje dziecko i wysłać je na jakieś prestiżowe studia bo tak, bo będzie można się pochwalić w pracy córką na medycynie/synem na prawie – w ogóle nie ma sensu zaczynać takiej rozmowy. Ważne jest żeby nie pytać: Na jakie studia mam iść?, ale raczej W czym jestem Twoim zdaniem dobry/dobra? W pierwszej kolejności zapytałabym o to mimo wszystko raczej przyjaciół, a nie rodzinę, bo znajomi znają nas jednak z nieco innej strony (no nie ukrywajmy, rodzice często mają na temat swoich dzieci nieco mylne wyobrażenia).

Innym, może trochę zaskakującym, sposobem na odkrycie swoich mocnych stron jest cofnięcie się do dzieciństwa. I mówię tu zarówno o oglądaniu starych zdjęć, jak i pamiątek czy wytworów naszej pracy. Znalazłam ostatnio zeszyt 94-kartkowy, w którym napisałam swoją pierwszą powieść wydaną w tym jednym unikatowym egzemplarzu (notabene – nie wiem, co się działo wtedy w mojej głowie, ale nazwałam głównych bohaterów Mariuszem, Jadwigą i Arkadiuszem). W przedszkolu rysowałam komiksy o bardzo dramatycznych fabułach. Ludzie się zdradzali, nasyłali na siebie komorników, brali rozwody i ponownie wychodzili za mąż (?). Podając te przykłady, nie próbuję powiedzieć, że każda osoba, która w dzieciństwie lubiła rysować, powinna składać papiery na ASP – spróbujcie wyjść ponad to, znaleźć jakiś wspólny mianownik dla wszystkich zabaw i aktywności, jakie odejmowaliście w ciągu całego swojego życia. To, że od zawsze lubiłam pisać i wymyślać historie, nie oznacza, że muszę zostać pisarką, ale raczej stanowi dla mnie cenną wskazówkę, że powinnam związać iść w kierunku humanistyki i pracy z innymi ludźmi, a nie w odosobnieniu w domowym zaciszu. Niby to bardzo ogólne stwierdzenie, ale poznawanie samego siebie i swoich mocnych stron warto zacząć od wysnuwania właśnie takich najbardziej generalnych wniosków.

Na maturze świat się nie kończy. Powiedziałabym raczej, że od matury wszystko się tak naprawdę zaczyna. To, jak wykorzystamy czas na studiach, zależy tylko wyłącznie od nas samych, więc jeśli tylko mamy wolę i pomysł na to, by przeżyć te studenckie lata w sposób jednocześnie kreatywny, konstruktywny i interesujący – to nic nie stoi na przeszkodzie, by tak właśnie uczynić.

PS: Mam nadzieję, że to nie zabrzmiało zbyt patetycznie 😉

Jeśli spodobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!
Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

8 myśli w temacie “Jak żyć czyli na maturze świat się nie kończy

  1. Szczerze mówiąc, mam do siebie wiele żalu, że nie zrezygnowałam z moich pierwszych studiów po pierwszym roku. Z drugiej jednak strony … Do tego miejsca, gdzie aktualnie jestem dostałam się po części dzięki wielu zbiegom okoliczności, które zapoczątkowały właśnie te studia. 🙂
    Takie tematy i decyzje nigdy nie są łatwe, niestety.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Na swoich studiach znalazłam się przypadkiem, właśnie z braku konkretnego planu. Ale okazały się bardzo w porządku, dzięki czemu studiowało się przyjemnie. Przez chwilę miałam nawet pracę marzeń, a potem i tak zaczęłam pracować w zupełnie innym świecie, a po godzinach pracy zajmuję się tym, co prawdziwie kocham

    Polubione przez 1 osoba

  3. Koniec roku się zbliża, egzaminy gimnazjalne i matura również, więc tekst się na pewno komuś przyda. 😀 Ja się na korepetycjach ostatnio produkuję i rozmawiam z uczniami na temat tego, co myślą o wyborze następnej szkoły i o tym, co dalej. I zaczynam przeważnie od informacji, że mają się nie stresować, bo żadna z decyzji nie jest ostateczna i nigdzie nie każą cyrografu podpisywać – profil klasy można zmienić, z czegoś można douczyć się w domu, można zmienić kierunek albo uczelnię. A najlepsze życiowe decyzje podjęłam i tak, mam wrażenie, zupełnym przypadkiem. 😛

    I polecam jednak pytać też rodziców o to, co według nich jest naszą mocną stroną. Nie sugerować się ich odpowiedzią, broń boże, ale zapytać. Moja mama się upierała, że jestem umysłem ścisłym, bo widziała, że te bardziej ścisłe przedmioty nie sprawiają mi problemów i słyszała, że na nie (w przeciwieństwie do np historii) się nie skarżę. A ja się wtedy upierałam, że humanistyczne przedmioty, bo i język obcy, i pisanie bloga, i nawet mi przez myśl nie przeszło, że można robić jedno i drugie 😀

    Polubienie

  4. Ad. 1. To nie do końca jest złe – człowiek widzi coś innego niż mu się wydaje, a szczerze, jeżeli nie zamierza Twoja przyjaciółka kariery naukowej czy pracy w wydawnictwe to jej filologia angielskiego nie jest jej potrzebna. Dodatkowo jak już jesteś na jakiejś uczelni można też zmienić kierunek… jak i samą uczelnię. A teraz jeszcze mówię z własnego doświadczenia – dobrzy wykładowcy nie wykładają tylko przedmiotu.

    Ad. 2. True. Sam zrobiłem błąd siedząc na kierunkach, które myślałem, że mnie interesowały. Ale nie powiem, że spędzony czas, doświadczenie lub nauka była zbędna. Właściwie do dzisiaj szokuję ludzi inter

    Ad. 3. Jakie to studia? Serio 😀 Chcę wiedzieć co studiujesz. Wpis do cv przydawał się kiedyś (lata 90te i mit ten trwa do dziś). Praktyka i zajęcie od drugiego roku. Inaczej dajesz sygnał, że można Cię zaorać. Bywają wyjątki, ale nie znam innych przypadków niż protekcja. I powiem, że nie lubię dostawać pierwszaków na praktyki – nie ogarnięci. 3-4 rok studiów już jest spoko – warto poświęcić takim ludziom czas. Pewnie zdarzają się wyjątki, ale znam tylko z opowieści.

    Ad. 4. Szczebel międzynarodowy w sporcie? Orajuniu, ci wszyscy nieudacznicy na awf 😀 Nie zgadzam się z tym podejściem. Na filologii polskiej i informatyce nudziłem się, zwłaszcza, że w drugim przypadku wiedziałem więcej niż wykładowcy. Człowiek jeżeli chce, może się nauczyć. Później wybrałem ekonomię dlatego, że postanowiłem wybrać w końcu coś o czym kompletnie nie mam pojęcia. Druga czy trzecia lokata rocznika, do dzisiaj jest to dla mnie zaskoczeniem.

    Polubienie

  5. Świetny wpis, o, jak ja się z nim bardzo zgadzam. Mam jednak znajomych, którzy raczej nadużywają możliwości zrezygnowania z czegoś i zaczynają kolejny kierunek co roku… Wieczni studenci, w dodatku zazwyczaj na maminym garnuszku. Ja na szczęście jestem jedną z tych osób, które zawsze wiedziały, czego chcą (książkowych orgazmów! Ładniejszych książek! I inne stratata postulaty) i ciągle studiuję polonistykę, która… nie jest wcale taka wspaniała. Ech. Co człowieka zadowoli…

    Cudne pióro, fajne włosy, miła twarz. Zaskuskrybię. Pozdrawiam!

    Polubienie

    1. Dziękuję bardzo 🙂

      Zazdroszczę, że od początku wiedziałaś, co chcesz robić – ja długo zastanawiałam się nad polonistyką, ale ostatecznie stwierdziłam, że fakt, że kocham książki, nie powinien determinować tego, jaki kierunek studiów wybiorę. I chyba dobrze, że ostatecznie na polonistykę nie poszłam, bo chyba męczyłabym się z poezją, której nie lubię i nie rozumiem.

      Polubienie

  6. Jako osoba rezygnująca z pierwszych studiów na pierwszym roku polecam. Ja się męczyłam okropnie i serio, to nie ma sensu, nie warto. Cokolwiek ktokolwiek dookoła mówi. Ja też się bała, no bo co tata powie, rodzina pomyśli, sąsiedzi puszczą plotki. Ehhhh nic nie ma gorszego jak sugerowanie się tym. 😀

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s