„Czerwona jaskółka” vel Czerwony wróbel

Jennifer Lawrence często gra silne niezależne kobiety żyjące w mrocznej, totalitarnej (a w każdym razie nie do końca demokratycznej, niech już będzie) rzeczywistości. W emploi aktorki wpisuje się jednak jeszcze jeden element – a mianowicie wcielanie się w role ptaków. Kosogłosa bądź jaskółki (jak chciałby kreatywny tłumacz, który z jakiegoś powodu uznał, że angielski wyraz sparrow, czyli wróbel, w polskiej wersji językowej brzmi źle…)

Recenzja nie zawiera spoilerów.

Zwiastuny ani informacje prasowe o Czerwonej Jaskółce nie zdradzały zbyt wiele o fabule filmu, co wydaje się szczególnie istotne w przypadku thrillerów szpiegowskich, w których każda wskazówka dotycząca intrygi może popsuć seans. Idąc do kina, wiedziałam tylko tyle, że najnowsza produkcja Francisa Lawrence’a opowiada o Dominice, byłej rosyjskiej primabalerinie, która po wypadku na scenie rezygnuje z kariery i zostaje szpiegem. Brzmiało intrygująco. Kto by się spodziewał, że pierwsza część filmu bardziej niż thriller przypomina pornos?

Seksu istotnie jest w Czerwonej Jaskółce bardzo dużo, ale spokojnie – obecność erotyki nie pełni jedynie funkcji taniego chwytu mającego przyciągnąć publiczność, a nagość i niekiedy bardzo ordynarne sceny mają bezpośredni związek z fabułą. Mogłoby się wydawać, że tajny agent powinien opanować przede wszystkim sztukę kamuflażu, łamania szyfrów czy obchodzenia się z bronią, rosyjski wywiad uznał jednak, że tego rodzaju metody, choć równie skuteczne, same na nic się zdadzą. Dominika zostaje więc zesłana do, na swój sposób elitarnego, ośrodka szkoleniowego dla Jaskółek, w którym bohaterka ma nauczyć się wykorzystywać swoje ciało i metody uwodzenia do wydobywania cennych informacji od wrogów. Warto zaznaczyć, że dziewczyna zostaje tam skierowana przez własnego stryja, poczciwego wujaszka Wanię, który wspaniałomyślnie załatwił bratanicy posadę i uchronił ją przed wylądowaniem na bruku. Co chyba byłoby nawet lepsze…

Przed Jennifer Lawrence postawiono niełatwe zadanie – sceny, w których przyszło jej wystąpić, z pewnością były wycieńczające nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Lawrence nie miota się jednak po ekranie jak w Mother!, przechodzi zupełnie innego rodzaju męczarnie niż w filmie Aronofsky’ego i wydaje się, że wypada też dużo bardziej przekonująco niż w tamtym pamiętnym filmie (o którym chciałabym zapomnieć, ale nie mogę). Dominika odczuwa bardzo gwałtowne emocje, których nie może uzewnętrzniać, ponieważ jest niewzruszonym, wyrachowanym agentem rosyjskiego wywiadu. Z drugiej jednak strony – widz powinien móc zauważyć, że gdzieś w środku była baletnica mierzy się z naprawdę trudnymi rozterkami. Na twarzy bohaterki musimy umieć dostrzec jednocześnie ból i całkowite opanowanie. Lawrence udało się oddać wszystkie skomplikowane emocje targające jej bohaterką, czym po raz kolejny udowodniła, że jako utalentowana i wszechstronną aktorka umie się odnaleźć w każdej roli. Nawet jeśli jej bohaterka i cały scenariusz nie są do końca dobrze napisane. A z taką sytuacją mamy niestety do czynienia w Czerwonej Jaskółce… 

Największym problemem całego filmu jest, o ironio,  tempo. Jeśli liczycie na pościgi, strzelaniny i wartką akcję – wybierzcie lepiej inny tytuł. Nie twierdzę, żeby aby film był ciekawy, napięcie musi być w nim utrzymane cały czas na najwyższym poziomie – co nie zmienia faktu, że Czerwona jaskółka dłuży się niemiłosiernie. Po którymś z kolei dramatycznym zwrocie akcji, kiedy okazuje się, że podział między stronami konfliktu w rzeczywistości nie przebiegał tak, jak mogłoby się wydawać – widz zaczyna się po prostu nudzić. Być może tak kiepskie rozłożenie akcentów wynika z niewłaściwego przełożenia treści literackiego pierwowzoru na język filmu – co nie zmienia faktu, że ekranizacja powinna obronić się sama, jako osobne dzieło. Nie do końca wiadomo, kto jest dobry, a kto zły, jakie motywacje kierują agentami wywiadu amerykańskiego i rosyjskiego – przyznaję, Lawrence’owi udało się oddać na ekranie skomplikowaną siec powiązań i gier toczonych przez służby specjalne. Co nie zmienia faktu, że gdyby w niektórych momentach przyspieszyć nieco tempo akcji, historia tylko by na tym zyskała.

Być może film tak niemiłosiernie się dłuży, ponieważ scenariusz nie wyeksploatował we właściwym stopniu wszystkich wątków, które miały potencjał. Jasne – Jennifer Lawrence zagrała naprawdę świetnie, ale skupianie się przez dwie godziny tylko na emocjach głównej bohaterki może być nużące. Trochę szkoda, że postaci drugoplanowe są tak mało widoczne i tak mało nas obchodzą – w obsadzie mamy chociażby Joela Edgertona czy Jeremiego Ironsa. Jennifer Lawrence nie tyle przyćmiewa swoje otoczenie, co po prostu otoczenie to nie wydaje się szczególnie interesujące. Postać Dominiki została napisana w przemyślany i ciekawy sposób, czego niestety nie można powiedzieć o reszcie świata przedstawionego. Przez sporą część filmu myślałam, że akcja rozgrywa się w czasie zimnej wojny, niespodziewanie jednak okazało się, że tak naprawdę fabuła jest osadzona w czasach współczesnych. W pewnym momencie dyrektorka szkoły dla Jaskółek oświadcza, iż Zimna wojna nadal trwa, co mogłoby sugerować, że wyczuwalny na ekranie klimat minionej epoki to celowy zabieg stylistyczny… Jeżeli ktoś odniósł takie wrażenie, to spieszę z wyjaśnieniami – nie jest ono do końca właściwe. W całym filmie tyle jest niekonsekwencji i przypadków, że trudno posądzać twórców o jakiekolwiek świadome zabiegi stylizacyjne. Całość wygląda raczej tak, jakby początkowo Czerwona jaskółka miała być filmem opowiadającym o szpiegach lat 60. czy 70., ale mniej więcej w połowie zdjęć ktoś stwierdził, że lepiej przenieść akcję w czasy współczesne i pokazać na ekranie nowoczesny komputer z archaicznymi już dyskietkami… Świetny pomysł.

Czy Czerwona jaskółka to zły film? I tak, i nie. Z jednej strony – sporo w nim niedociągnięć i błędów konstrukcyjnych, które sprawiają, że seans w pewnym momencie staje się męczący. Z drugiej jednak… Warto dać mu szansę ze względu na grę Jennifer Lawrence i rozwiązanie całej intrygi, które w thrillerze szpiegowskim powinno zaskakiwać. Tak też się dzieje w Czerwonej jaskółce – i może dla samego finału warto się przemęczyć.

Ocena: 6/10

 

Jeśli spodobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!
Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

3 myśli w temacie “„Czerwona jaskółka” vel Czerwony wróbel

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s