Nie śpię, bo wącham klej

Najlepiej czyta mi się w komunikacji miejskiej – nie wyobrażam sobie jechać na uczelnię bez jakiejkolwiek książki w torbie. Tygodniowo spędzam w autobusach i pociągach tyle czasu, że niewykorzystanie cennych minut na czytanie byłoby strasznym marnotrawstwem. Ktoś mógłby powiedzieć, że to mądre podejście, takie dojrzałe i odpowiedzialne. Na ogół tak. Ale kiedy, tak jak ja, człowiek od kilku tygodni wszędzie wozi ze sobą To Kinga (przypomnę – ponad tysiącstronicowe tomiszcze, moje dodatkowo w twardej oprawie) – taki ktoś, zamiast niszczyć sobie kręgosłup, powinien się tą cegieł mocno walnąć w łeb, żeby w końcu zrobić z niej dobry użytek.

Używając czytnika e-booków, mogłabym z łatwością rozwiązać swój problem z dźwiganiem ciężkich książek – ale nie chcę. Usłyszawszy taką deklarację, fanatyczny miłośnik papierowych wydań pewnie poklepałby mnie po ramieniu, ciesząc się, że dołączyłam do grona obrońców tradycji wspólnie wdychających grzyby i roztocza mieszkające między kartkami starych powieści.

Jeżeli mam wybór, zawsze chętniej sięgnę po papierowe wydanie książki, co nie oznacza, że uważam korzystanie z kindla za jakąś gorszą formę poznawania literatury. Wręcz przeciwnie – jeśliby się dobrze nad tym zastanowić, czytniki elektroniczne mają dużo więcej zalet niż wydania tradycyjne. Są leciutkie, zajmują mało miejsca (co ma znaczenie nie tylko, kiedy trzeba czytnik zmieścić w torbie czy plecaku, ale także, gdy jest się biednym studentem i w akademiku żyje się na powierzchni czterech metrów kwadratowych), na pewno nie szkodzą tak bardzo na kręgosłup… Niektórzy miłośnicy papieru zdają się tych zalet w ogóle nie dostrzegać, a jeśli nawet, to tylko machają na nie ręką i od razu przechodzą do wychwalania pod niebiosa najdoskonalszej formy czytelnictwa, którą jest (jakżeby inaczej) – książka papierowa! I niby nie ma w tym nic złego, że każdy posiada własne zdanie, którego chce bronić, ale argumenty podawane przez zwolenników książek tradycyjnych są czasami tak wydumane, że adwersarzowi nie pozostaje nic innego jak tylko uśmiechnąć się pod nosem.

Jeżeli choć raz zdarzyło Wam się trafić na jakąś internetową grupę czytelniczą, być może zauważyliście, że duża część miłośników wydań papierowych książek nie czyta, lecz je wącha. Ileż to razy widziałam komentarze, których autorzy twierdzili, że nie wyobrażają sobie zagłębiania się w fikcyjną historię bez jednoczesnego wdychania zapachu kartek. To, co jedni nazywają zapachem przeszłości czy tajemnicy, ja określiłabym mianem zapachu grzybów i bakterii. Ewentualnie – zapachem drukarni i kleju. W obu przypadkach nie wydaje mi się, żeby wsadzanie nosa między karty powieści i sztachanie się jakąś tajemniczą wonią było najlepszym pomysłem.

W ogóle zauważyłam, że spora część osób pałających niechęcią do czytników elektronicznych wiąże z czytaniem książek jakieś mistyczne doznania. Niektórzy tylko wąchają papier, inni dodatkowo jeszcze wsłuchują się w jego szelest. Bardzo to wszystko poetyckie. A jeszcze bardziej – pretensjonalne i nieprzystające do jakiejkolwiek poważnej dyskusji. Bo jak tu rozmawiać o aspektach praktycznych wykorzystania dwóch różnych nośników, kiedy zwolennicy tradycyjnego formatu odwołują się do nie do końca poważnych argumentów. Przecież wcale nie muszą, bo książki tradycyjne nadal w kilku kwestiach górują nad czytnikami i nic nie wskazuje na to, by ta sytuacja miała się szybko zmienić. Książkę kupioną w księgarni można sobie postawić na półce, właściciel czuje, że rzeczywiście ją posiada, więc może nią swobodnie dysponować. W przypadku e-booka chociażby pożyczenie znajomemu jakiejś powieści okazuje się problematyczne – no bo jak przeprowadzić taką operację, żeby rzeczywiście móc mówić o pożyczeniu, a nie o nielegalnym udostępnieniu?

Zdradzę Wam sekret – czytając Dumę i uprzedzenie w twardej oprawie, z piękną zdobioną okładką i czytając Dumę i uprzedzenie na kindle’u, tak naprawdę czytacie tę samą powieść. Na książkę składa się przede wszystkim jej treść, forma to tylko niezbędna otoczka. Dlatego zamiast dyskutować o formie, rozmawiajmy o literaturze. I czytajmy. Jak kto woli – wąchając kurz, albo wpatrując się w ekran.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!
Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

8 myśli w temacie “Nie śpię, bo wącham klej

  1. Ja kocham papierowe książki, kolekcjonuję je, wącham … Jednocześnie doceniam praktyczność Kindla i w przyszłości zamierzam go mieć. To tak jak z pisaniem. Uwielbiam maszyny do pisania, ale bardziej praktyczne jest używanie komputera. 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  2. Oj zdecydowanie wolę książki papierowe, bo… ładnie wyglądają na polce! Ale równie wiele czytam na telefonie (mnie to jakoś nie przeszkadza), chociaż lubię dodatkowo mieć książkę Np. Do zdjęć. Najlepiej gdyby z papierową wersją sprzedawali zawsze ebooka.

    Polubienie

  3. Nie wyobrażam sobie nie mieć książki w komunikacji miejskiej, nie wyobrażam sobie zamienić papierowej wersji na kindle’a, także jestem w trakcie codziennego dźwigania „To” Kinga ;D Pozdrawiam serdecznie!

    Polubienie

    1. Tak, zgadzam się – czasami rozmiar czcionki i interlinii są tak duże, że zakrawa to na absurd. Ale znam osoby, które lubią dużą czcionkę, bo dzięki niej jakoś „szybciej idzie czytanie i człowiek czuje się lepiej”. 🙂

      Polubione przez 1 osoba

  4. Lubię zapach nowej książki, ów klej i jeszcze nie zwietrzała farba drukarska. Ale cenię sobie wygodę i szybkość czytania. Przez parę lat nie czytałem książek papierowych innych niż podręczniki/tutoriale/albumy/komiksy. Wróciłem na chwile głównie z powodu, że część książek nie pojawia się w wersji elektronicznej.

    Swoją drogą rozwiązałem tez problem z wydatkami na książki. Mam abonament, dodatkowo wymieniam się plikami ze znajomymi.

    Zacząłem też pozbywać się książek z domu. Pomijam roztocza i stęchliznę z książek. Głównym powodem był problem jakości. Sięgnąłem po kilka książek, które kupiłem po eksplozji wydawnictw po 89 roku. Większość rozpadła mi się w rękach. Jedna dosłownie, rozsypała się jak pergamin sprzed tysięcy lat. Przejrzałem inne książki. Nawet introligator nie był w stanie pomóc. A z dobrych rzeczy, po pozbyciu się już kilku tysięcy książek (średnio 500 rocznie) odzyskałem podłogę i kilka regałów 😀

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s