„Trzy billboardy za Ebbing. Missouri” – recenzja

Ileż to już razy widzieliśmy w kinie obraz typowej amerykańskiej prowincji, na której wszyscy się znają i wszyscy się nienawidzą? Sporo. Trzy billboardy za Ebbing. Missouri Martina McGonagha wyraźnie jednak wybijają się na tle innych filmów osadzonych w podobnych realiach – przede wszystkim dzięki świetnej grze aktorskiej i ciętym dialogom, dzięki którym reżyserowi udało się uzyskać niezwykłe połączenie dramatu i czarnej komedii.

Recenzja nie zawiera spoilerów.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana i można ją streścić właściwie w kilku zdaniach. Młoda dziewczyna, Angela, zostaje zgwałcona i brutalnie zamordowana, okoliczności jej śmierci nie zostają jednak wyjaśnione przez kolejnych kilka miesięcy, w związku z czym matka nastolatki postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Mildred (grana przez absolutnie genialną Frances McDormand) wynajmuje tytułowe trzy billboardy przy mało uczęszczanej stanowej drodze i umieszcza na nich slogany obnażające niekompetencję miejscowej policji, co – jak nietrudno się domyślić – nie spodoba się szeryfowi i wzbudzi sprzeciw  mieszkańców Ebbing, w tym także syna i byłego męża głównej bohaterki. Trzy billboardy… to przez pierwszą część filmu tak naprawdę opowieść o prywatnej krucjacie samotnej kobiety przeciwko wszystkim, historia walki jednostki ze zbiorowością. Intuicyjnie czujemy, że jako widzowie powinniśmy jednoznacznie opowiedzieć się po stronie Mildred – nie jest to jednak takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Bo bohaterka grana przez Frances McDormand to najzwyczajniej w świecie kawał suki, jak zapewne określiłby to jej syn.

McDonagh stworzył opowieść, w której brak jest oczywistego podziału na dobrych i złych. Współczujemy Mildred i rozumiemy kierujące nią pobudki,jednocześnie jednak widząc, do jak destrukcyjnych czynów jest zdolna ta bohaterka, trudno nam usprawiedliwiać jej zachowanie, kierując się zasadą cel uświęca środki. Z jednej strony śmierć córki zdruzgotała kobietę i odebrała jej jakąkolwiek radość z życia, z drugiej zaś – tragedia była dla Mildred źródłem ogromnej siły i determinacji. Te wszystkie sprzeczne emocje w każdej scenie widać w oczach i jestem przekonana, że gdyby w główną rolę wcieliła się jakaś inna aktorka, końcowy efekt mógłby być dużo gorszy. Być może sekret tkwi w urodzie McDormand – jest ona tak cudownie amerykańska, i nie chodzi mi tutaj o  przysłowiowe białe zęby, ale raczej o ostre rysy twarzy oraz fakt, że aktorka nie próbuje zakłamywać rzeczywistości i starzeje się bez żadnych wspomagaczy. Dzięki temu, grając kobiety zmęczone trudami życia, wypada tak naturalnie.

Kreacja McDormand to jednak nie jedyny dobry element tego filmu, właściwie o wszystkich bohaterach można powiedzieć, że są wielowymiarowi i interesujący. Szeryf Wiloughby (w tej roli Woody Harrelson) teoretycznie powinien wydawać się nam niekompetentnym stróżem prawa, który próbuje zamieść niewygodną sprawę pod dywan, od początku sprawia wrażenie przyzwoitego człowieka, czy prościej – miłego faceta. Sąsiada, którego fajnie zaprosić na grilla z rodziną. Bohatera na tyle sympatycznego, że siedząc w kinie, zaczynamy zastanawiać się, dlaczego Mildred zachowuje się w stosunku do niego w tak podły sposób. Zupełnym przeciwieństwem Wiloughby’ego jest funkcjonariusz Dixon – (delikatnie mówiąc) niezbyt inteligentny homofob i rasista, który zanim pomyśli, zwykle rzuca się na swego oponenta z pięściami. Jego relacja z Mildred i to, w jaki sposób w ciągu dwóch godzin seansu przechodzi od nienawiści i przerzucania się kąśliwymi uwagami do swego rodzaju zrozumienia – to jeden z najmocniejszych elementów całego filmu. Na uwagę zasługuje również postać Robbiego, nastoletniego syna Mildred, który jest chyba największą ofiarą całej sytuacji. Jedynym, czego pragnie ten spokojny chłopak, jest zapomnienie i powrót do normalnego życia. W sytuacji, kiedy matka dąży do eskalacji konfliktu z lokalną społecznością, Robbie od początku znajduje się na przegranej pozycji. Co nie zmienia faktu, że chłopak potrafi wyrazić swoje niezadowolenie, i to w bardzo mocnych słowach. Paradoksalnie, to nie Mildred ma w Trzech Bilboardach najbardziej cięte kwestie, ale właśnie jej, wydawałoby się, łagodny i opanowany syn.

Siła Trzech Billboardów za Ebbing. Missouri bez wątpienia tkwi w dialogach oraz ciekawie napisanych postaciach, jednak również i pod względem realizacyjnym produkcji nie można nic zarzucić. W każdym kadrze czuć klimat małego amerykańskiego miasteczka, a wszystkie ujęcia ukazujące szerszy plan i przyrodę wokół Ebbing prezentują się naprawdę bardzo dobrze.

story_bg_image-7c0ee893-6f0c-445a-805a-abf_D6Nw3Xl.jpg

Czy Trzy Billboardy za Ebbing. Missouri. zasługują na Oscara? Moim skromnym zdaniem – tak. Na razie widziałam sześć filmów z nominowanych do głównej kategorii i myślę, że produkcja Martina McGonagha jak najbardziej powinna dostać nagrodę w kategorii Najlepszy Film. Gdzieś w głębi duszy chciałabym, żeby nagrodzono Uciekaj! (Get out!), ale rozum podpowiada, że na to nie ma co liczyć. W takiej sytuacji chyba najrozsądniej będzie trzymać kciuki za Trzy Billboardy, bo to naprawdę kawał dobrego kina.

Ocena: 9/10

Jeśli spodobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

Jedna myśl w temacie “„Trzy billboardy za Ebbing. Missouri” – recenzja

  1. Liczyłam na to, że film będzie miał więcej elementów czarnej komedii i kryminału, mimo to bardzo mi się podobał. Świetna rola główna i powalająco szczere dialogi.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s