Witamy po powrocie – recenzja „Riverdale” s2e10, e11, e12…

Dawno nie było na moim blogu recenzji Riverdale – po pierwsze dlatego, że Netflix na miesiąc wstrzymał emisję nowych odcinków, a po drugie z powodu sesji. Zrobienie sobie kilkutygodniowej przerwy od oglądania jakiegoś serialu ma jednak swoje plusy, bo kiedy w końcu po długim wyczekiwaniu zasiadasz przed ekranem, jesteś trochę wygłodzony, a przez to bardziej skłonny docenić wszystkie nowe elementy, jakie pojawiły się w serialu.

Recenzja zawiera spoilery.

Przyznam Wam szczerze, że pierwsza część drugiego sezonu Riverdale nieco mnie zmęczyła swoją powtarzalnością. Jasne, cały czas czerpałam przyjemność  z oglądania serialu, ale jednak w pewnym momencie zauważyłam, że wszystkie odcinki mają taką samą konstrukcję. Fabuła w większości przypadków skupiała się na jednym bohaterze, co z jednej strony miało swoje plusy, bo mogliśmy dokładniej poznać takie postaci drugoplanowe jak Kevin czy Josie, jednocześnie jednak sprawiało, że każda kolejna odsłona całej historii stawała się coraz bardziej powtarzalna. Wiadomo było, że Blackhood w jakiś sposób zagrozi głównemu bohaterowi odcinka, z łatwością można było też przewidzieć, że zamaskowany morderca nie da się ująć i w ciągu następnych tygodni nadal będzie siał postrach w Riverdale. Na szczęście teraz fabuła będzie mogła podążyć nieco innymi, ciekawszymi, torami, gdyż Blackhood został unieszkodliwiony. Na razie. Bo nikt chyba nie ma wątpliwości, że to wcale nie szkolny woźny był odpowiedzialny za serię morderstw i napadów dokonanych w mieście.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – wprawdzie przez ostatnie dwa tygodnie zaniedbałam recenzowanie Riverdale, ale dzięki temu mam teraz  szerszy ogląd całej historii, dzięki czemu nie muszę się ograniczać tylko do komentowania wydarzeń z jednego odcinka. W ciągu trzech odcinków może się sporo zmienić, jedne wątki mogą zostać raz na zawsze domknięte, inne natomiast niespodziewanie pchnięte do przodu. Pozwólcie więc, że przeanalizuję ostatnie odcinki w taki właśnie sposób – odnosząc się do konkretnych postaci i związanych z nimi sekwencji.

Zaginiony brat Betty 

W końcu się pojawił, chociaż to, że zagra go Hart Denton, wiadomo było od dawna. Początkowo miałam wrażenie, że scenarzyści nie mieli pomysłu, jak wprowadzić Chica do domu Cooperów  (scena, w której Betty uratowała chłopaka przez właścicielem hostelu to klasyczny przykład tego, w jaki sposób pchnąć fabułę do przodu, gdy brak weny), to jednak zaczynam przekonywać się do tej postaci. Teoretycznie jako widzowie powinniśmy współczuć Charlesowi trudnego dzieciństwa, braku rodziny i wsparcia, jednak sam bohater utrudnia nam  solidaryzowanie się z nim. Bo najzwyczajniej w świecie jest wkurzający. Momentami pretensjonalny. Z pewnością mało sympatyczny. Prawdopodobnie z zadatkami na psychopatę. To mnie cieszy (jakkolwiek źle to nie brzmi – uwierzcie mi, w prawdziwym życiu nie życzę nikomu problemów psychiatrycznych, ale na ekranie wcale mi one nie przeszkadzają), bo scenarzyści zdecydowali się na zbudowanie bardzo niejednoznacznej postaci, która z pewnością sporo namiesza w życiu rodziny Cooperów. Co widać już chociażby po wydarzeniach z odcinka dwunastego, kiedy to matka Betty – ta sama Alice Cooper, której życie w pierwszym sezonie wydawało się niemalże idealne – usuwa ślady zbrodni w swoim salonie…

Rodzina Corleone… To znaczy Lodge 

Tak bardzo narzekałam, że wciąż nic nie wiemy o postaci Hirama Lodge’a – nareszcie jego wątek został rozwinięty. Jeżeli przez pierwszych dziewięć odcinków tak mało wyjawiano na temat tej postaci, to miało to swoje uzasadnienie, ta zwłoka w odkrywaniu cech charakteru ojca Veroniki miała na celu zbudowanie napięcia i aury niepokoju wokół tej postaci. Scenarzyści, wybaczam Wam wszystko! Bo kierunek, w którym popchnęliście tego bohatera jest więcej niż właściwy.

Ostatnie trzy odcinki pokazały nam Hirama nie tylko jako, ogłośmy to już wszem i wobec, gangstera, ale także jako ojca. Przed widzami odsłonięto nie tylko część działalności biznesmena, ale również część jego osobowości. Hiram przypomina klasycznego argentyńskiego mafioso, typowego złola z tanich filmów akcji, ale jednak nie możemy o nim powiedzieć, że jest w zupełności czarnym charakterem. Po pierwsze – na pewno kocha Veronikę, choć może rozumie tę miłość na swój nieco patologiczny sposób. Po drugie zaś, nie da się myśleć o kimś jako o wzbudzającym postrach łotrze, jeśli kilka scen wcześniej widziało się wręcz komediowe sceny z udziałem danego bohatera. Chyba nie da się nie prychnąć albo chociaż nie uśmiechnąć, patrząc na Hirama uprawiającego wrestling z Archiem czy ścigającego się z chłopakiem swej córki. Te sceny są tak głupie i absurdalne, że aż śmieszne.

Jughead 

Przyjaciel zwrócił mi ostatnio uwagę na bardzo istotną kwestię związaną z postacią Jugheada. Otóż – Jughead bardzo się zmienił od pierwszego sezonu. Na gorsze, co jest w sumie dosyć rzadko spotykane, bo jeżeli bohater przeżywa jakąś transformację, to zwykle staje się rozsądniejszy, mądrzejszy, odważniejszy… Jug tymczasem nie zyskał żadnej z tych cech, w jego przypadku nie może być mowy o nawet o odwadze, co najwyżej o brawurze. W pierwszym sezonie młody Jones był tym wrażliwym, spokojnym obserwatorem, który woli nie angażować się w żadne konflikty. To on powstrzymywał Archiego przed robieniem głupich rzeczy. Teraz sytuacja odwróciła się od sto osiemdziesiąt stopni. Weźmy pierwszy przykład z brzegu – kiedy Weatherbee każe Jughead’owi zdjąć kurtkę The Serpents, ten odmawia. O ileż łatwiejsze byłoby jego życie, gdyby się głupio nie stawiał. Trudno jest nawet znaleźć jakieś sensowne powody, dla których chłopak nie wykonuje polecenia. W imię zasad – można rzec. Ale w imię jakich zasad?

Dzień dobry, czy to Twin Peaks?

Ogólnie jestem zdania, że kilkutygodniowa przerwa wyszła serialowi na dobre, bo wprowadzono dużo ciekawych modyfikacji. Tylko jedna zmiana nie za bardzo przypadła mi do gustu – motyw FBI. Wydawałoby się, że skoro w miasteczku pojawia się mafia, to powinni się pojawić i agenci federalni. Cały ten wątek został wprowadzony tak, jakby pisał go przedszkolak. Do Archiego przyjeżdża nigdy nieuśmiechający się mężczyzna w czarnym garniturze, który zleca głównemu bohaterowi pewne zadanie do wykonania. W dodatku nasz agent wygląda tak, jakby bardzo chciał przypominać agenta Coopera z Twin Peaks, ale bardzo mu to nie wychodzi. Riverdale od samego początku wykorzystuje motywy, które pojawiały się już w innych dziełach kultury, ale tutaj akurat nawiązanie do Twin Peaks, świadome czy nie (zakładam jednak, że tak), wyszło bardzo nieudolnie.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

6 myśli w temacie “Witamy po powrocie – recenzja „Riverdale” s2e10, e11, e12…

  1. Jestem świeżo po dwunastym odcinku i zauważyłam, że wkurza mnie jedna rzecz. WSZYSCY potrafią tam śpiewać. Nie mówię, że to źle, ale … Odbiera mi to poczucie realności.
    Zacieranie śladów zbrodni było ekstra!

    Polubienie

    1. Mnie to w ogóle nie przeszkadza, bo „Riverdale” z założenia nie jest serialem realistycznym, tylko taką „baśnią” dla nastolatków, melanżem gatunkowym, produkcją bardzo samoświadomą. Poza tym – chyba jednak nie wszyscy potrafią śpiewać. Nie słyszeliśmy jeszcze śpiewającego Jugheada 😉

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s