Pochwała kiczu – recenzja „Króla Rozrywki”

Dobry musical poznaje się ponoć po tym, że jeszcze przez kilka dni po seansie człowiek ma ochotę nucić pod nosem piosenki z filmu. Rewelacyjny musical poznaje się po tym, że człowiek idzie drugi raz do kina, żeby śpiewać razem z aktorami. A przynajmniej  ja tak zrobiłam.

Recenzja nie zawiera spoilerów.

Legendarny w Stanach Zjednoczonych P.T. Barnum, twórca słynnego cyrku i prekursor show-biznesu, jest w Polsce postacią właściwie szerzej nieznaną. Barnum wiódł niezwykle bogate życie, zajmował się nie tylko tworzeniem tandetnej rozrywki dla ludu, angażował się w wiele różnych inicjatyw, miał swoje pięć minut w polityce, kilkakrotnie był na skraju bankructwa, zawsze jednak wpadał na kolejny genialny (niekoniecznie uczciwy) plan, który pomagał mu odbić się od dna. Trzeba przyznać, że biografia Barnuma to materiał nie na jeden film, a na cały serial albo kilka oddzielnych produkcji. Tymczasem reżyser Króla rozrywki, Michael Gracey, zdecydował się na przedstawienie nam dosyć prostej historyjki, której esencję można zawrzeć w jednym zdaniu – od pucybuta do milionera. Uproszczeń i skrótów jest w tym filmie cała masa, przede wszystkim zaś dotyczą one samej postaci głównego bohatera.

Chociaż Barnum w rzeczywistości nie zawsze zachowywał się moralnie, kierując się raczej chęcią zysku niż jakimiś wyższymi wartościami, w Królu rozrywki został on przedstawiony niemalże jako postać o nieskazitelnie czystym charakterze. Wprawdzie w pewnym momencie Barnuma przyznaje, że jest jedynie kuglarzem pragnącym mamić ludzi, żadne jednak zapewnienia padające z ust Hugh Jackmana nie przekonają jednak publiczności, że jego bohater to niemoralny, złakniony zysku oszust. Ze scenariusza nie wynika raczej, że był on filantropem, który chciał w swoim cyrku stworzyć namiastkę domu i rodzinnego ciepła dla odrzuconych przez społeczeństwo dziwadeł. Pokazanie prawdy, tj. Barnuma wykorzystującego ludzkie deformacje i choroby do osiągnięcia majątkowych korzyści, nie pasowałoby do konwencji cukierkowego musicalu.

gr

Króla Rozrywki można traktować albo jako nieporozumienie, albo jako arcydzieło. Widzowie złaknieni prawdy historycznej i zniuansowanej biografii raczej wyjdą z tego filmu niezadowoleni. Trochę na własne życzenie, bo przecież Król rozrywki nie jest i nie powinien być reklamowany jako film biograficzny. Losy P.T. Barnuma stanowią jedynie pretekst do opowiedzenia, bardzo hollywoodzkiej i nieco sztampowej historii, o tym, że w każdym człowieku tkwi pierwiastek piękna, niezależnie od rasy, wzrostu, czy ogólnie – wyglądu. O tym, że muzyka i sztuka wyzwalają i dają mnóstwo radości. Wszystko to przedstawione w nieco kiczowatej, przejaskrawionej formie, która nie wszystkim przypadnie do gustu. Ale właśnie to element formalny stanowi najmocniejszą stronę całej produkcji. Król rozrywki, ze wszystkimi swoimi popowymi numerami i choreografiami wzorowanymi na najbardziej znanych teledyskach, to hołd złożony Barnumowi, który w XIX wieku dał niższym warstwom społecznym rozrywkę dopasowaną do ich potrzeb. Reżyser, zręcznie operując schematami zaczerpniętymi z kultury masowej, zrobił to samo prawie dwieście lat później.

krol rozrywki.jpg

Muzyka i choreografie to niewątpliwie najmocniejszy element całej produkcji. Jeśli odsuniecie na bok rozważania na temat prawdy historycznej i skupicie się jedynie na celebrowaniu spektaklu, który rozgrywa się na ekranie, jestem przekonana, że będziecie się naprawdę świetnie bawić. Każda piosenka w tym filmie to mała perełka, a niektóre numery (jak np. The Other Side w wykonaniu Hugh Jackmana i Zaca Efrona) mają duże szanse, żeby z miejsca zyskać status kultowych. Czasami w musicalach zdarza się tak, że tylko jeden utwór zapada w pamięć, a o pozostałych zapomina się dziesięć minut po seansie. W przypadku Króla rozrywki nie ma takiego ryzyka – głównie dlatego, że wykonania piosenek stoją na bardzo wysokim poziomie nie tylko pod względem muzycznym, ale także wizualnym. Widać, że reżyser miał wcześniej doświadczenie w tworzeniu teledysków i potrafił je wykorzystać przy pracy nad pełnometrażowym filmem.

greatestshowman.jpg

Jeśli nie byliście jeszcze w tym roku w kinie, myślę, że Król rozrywki jest dobrym wyborem na pierwszy seans. Ja widziałam go po raz pierwszy w grudniu i ponownie – w styczniu. Stary rok zakończyłam, a nowy rozpoczęłam w najlepszy możliwy sposób – śpiewająco.

Ocena: 9/10

Jeśli spodobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

7 myśli w temacie “Pochwała kiczu – recenzja „Króla Rozrywki”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s