Ekranizacja – dobra czy wierna?

Nie ma nic prostszego niż nakręcenie filmu na podstawie książki, nie trzeba się za bardzo męczyć ze scenariuszem, a i zbudowanie kampanii marketingowej wokół premiery jest dużo łatwiejsze, bo przecież fani i tak przyjdą do kina. Rzeczywistość nie przedstawia się jednak tak kolorowo, a reżyserzy, którzy ulegli pokusie szybkiego zarobienia dużych pieniędzy – często na zawsze muszą pożegnać się z kinematografią.

Zaryzykuję stwierdzenie, że zekranizowanie powieści to jedno z najtrudniejszych zadań, jakich mogą się podjąć filmowcy.  Tylko pozornie przełożenie wydarzeń literackich na język filmu jest proste – pracując z materiałem źródłowym, trzeba wziąć pod uwagę dużo więcej elementów niż kręcąc film na podstawie oryginalnego scenariusza. Kiedy reżyser przedstawia na ekranie zupełnie nową, nieznaną wcześniej historię, musi założyć, że wszyscy widzowie przychodzą na salę kinową z takim samym stanem wiedzy. W takiej sytuacji zbudowanie narracji wydaje się stosunkowo proste. Co innego w przypadku ekranizacji, kiedy publiczność jest dużo bardziej wymieszana. Gdy wytwórnia decyduje się na przeniesienie na ekran np. popularnej serii fantasy, producent musi wziąć pod uwagę fakt, że na seans wybiorą się zarówno zagorzali fani sagi, osoby, które mniej więcej orientują się w fabule, jak i widzowie, którzy po raz pierwszy mają styczność z tym konkretnym magicznym uniwersum. W jaki sposób przedstawić całą historię, by z jednej strony wyjaśnić laikom zasady rządzące danym światem, a z drugiej – nie zanudzić tych, którzy potrafią z pamięci cytować wybrane ustępy książki? Czy zrezygnować z jakichś fragmentów, a jeżeli tak – to z których? Jakich aktorów zaangażować do poszczególnych ról? To wszystko są bardzo poważne pytania, na które nieprawidłowe udzielenie odpowiedzi może producenta kosztować majątek.

ken.jpg

 Jestem przeciwna ekranizowaniu książek w formie jeden do jednego. Precyzyjne przekładanie treści powieści czy dramatu na scenariusz filmu ma jakikolwiek sens właściwie tylko w przypadku lektur szkolnych. Jeśli chodzi o inne dzieła literackie, nie widzę powodu, dla którego ktoś miałby chcieć w kinie oglądać w kinie historię przedstawioną dokładnie w taki sam sposób, w jaki opisał ją autor tekstu źródłowego. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu – kolejne identyczne przedstawienie losów danego bohatera nie mówi niczego nowego o konkretnej postaci czy znanym motywie. Zgodzicie się chyba, że świat nie potrzebuje kolejnej klasycznej adaptacji Hamleta, zrealizowanej dokładnie tak, jak sobie to wyobrażał Szekspir. Jasne, można coś takiego nakręcić albo wystawić na deskach teatru, ale chyba każdy człowiek powyżej piętnastego roku życia wie, co doprowadziło do tragicznego końca duńskiego księcia. Przekładanie tekstu dramatu słowo po słowie, strona po stronie na język filmu nie ma żadnego sensu. Nie oznacza to bynajmniej, że o Hamlecie trzeba raz na zawsze zapomnieć. Niech powstają nowe adaptacje tej sztuki, czemu nie?, ale niech ich twórcy traktują tekst źródłowy w sposób jak najbardziej kreatywny – niech odwracają o sto osiemdziesiąt stopni znane motwersalność znanej wszystkim historii. lotr.jpg

Oczywiście, inaczej ekranizuje się wielkie i poważne dzieła literackie, a inaczej książki, które można zaszufladkować jako literaturę popularną. W przypadku pozycji zaliczanych do tej drugiej kategorii dużo ważniejszą rolę od ogólnego przesłania, odgrywa linearny przebieg fabuły. Biorąc na warsztat dramat traktujący o problemach egzystencjalnych, reżyser może w miarę swobodnie żonglować motywami i elementami świata przedstawionego, kiedy jednak ekranizuje kryminał, dobrze by było, żeby w miarę wiernie przedstawił ciąg wydarzeń. I tutaj pojawia się problem. W przypadku filmów kryminalnych nakręconych na podstawie powieści na widowni zawsze zasiadają tylko dwie grupy ludzi – osoby, które znają zakończenie, i te, które nie mają pojęcia, dokąd prowadzi cała historia. Przed reżyserem stoi zaś trudne do zrealizowania zadanie przypodobania się obydwu tym grupom.

 Nie tak dawno mieliśmy w Polsce premierę Morderstwa w Orient Expressie. Pierwszego filmu w moim życiu, na którym usnęłam w kinie. I to nie dlatego, że jakoś bardzo mi się nie podobał, bo tego nie mogę powiedzieć, ale po prostu – był nijaki. Zbyt klasyczny, zbyt mało różniący się w stosunku do powieści. Część z moich znajomych nieznających rozwiązania zagadki była zachwycona zakończeniem, ja jednak od pewnego momentu czekałam, aż pożegnamy się z Herculesem Poirotem i resztą pasażerów pociągu. Morderstwo w Orient Expressie jest ekranizacją całkiem wierną i może zachęcić część osób do sięgnięcia po twórczość Agathy Christie, ale jako autonomiczny film, moim zdaniem, sprawdza się… średnio. Dobra ekranizacja to niekoniecznie wierna ekranizacja – i chyba w tym stwierdzeniu tkwi clue całego problemu. Dobra ekranizacja powinna być dobrym filmem, trzymającym w napięciu, wykorzystującym w pełni wszystkie narzędzia, jakimi dysponują twórcy filmowi. Kenneth Branagh (reżyser) próbował nieco zmodyfikować ramy całej historii, wprowadzając na przykład sceny na zewnątrz pociągu czy sceny pościgu, dodające fabule dynamizmu. Takie drobne zmiany to jednak za mało. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę fakt, że w dwudziestym wieku mieliśmy co najmniej kilka ekranizacji Morderstwa w Orient Expressie. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że najnowsza wersja tej historii różni się od poprzednich filmów tylko lepszą realizacją techniczną oraz bardziej gwiazdorską obsadą.

mu.jpg

Aby oddać sprawiedliwość Kennethowi Branaghowi, muszę stwierdzić, że i tak wypadł całkiem nieźle i zdołał oddać w filmie klimat powieści. Poza tym, pewnym utrudnieniem była niemożność uniknięcia porównań z poprzednimi filmami i serialami inspirowanymi powieścią Christie. Trzeba przyznać, że twórcy, którzy postanawiają stworzyć film na podstawie książki nigdy wcześniej niezekranizowanej – mają trochę łatwiej. Mogą wytyczać nowe szlaki, a jedynym punktem odniesienia dla krytyków jest sam tekst źródłowy, nie zaś jeszcze inne adaptacje. Być może dlatego filmowe serie Władca pierścieni czy Harry Potter zyskiwały tak przychylne oceny. Oczywiście w przypadku ekranizacji powieści fantasy zawsze dochodzi dodatkowy element oceny, a mianowicie – sposób wykreowania magicznego świata. Złe dekoracje i efekty specjalne mogą skutecznie podkopać cały projekt, sprawnie wykreowane lokacje często jednak są w stanie wynieść film do statusu kultowego. J.K. Rowling opisała w swych powieściach, jak wygląda szkoła magii i czarodziejstwa i czytając, każdy z nas mógł ją sobie wyobrażać nieco inaczej, ale założę się, że słysząc nazwę Hogwart, wszyscy widzimy w głowie identyczny budynek – filmowy zamek. O czym to świadczy? Ano o tym, że ekranizacja powieści okazała się tak dobra, że funkcjonuje w kulturze właściwie niezależnie od niej, a pewne miejsca czy twarze bohaterów kojarzymy wyłącznie z tym, co zobaczyliśmy na ekranie.

lun.jpg

Fani bardzo przywiązani do oryginalnego brzmienia tekstu powieści, często skarżą się, że w filmie jakieś wątki zostały skrócone lub pominięte. Ale czy to aby na pewno wada? Często książki, których akcja przenoszona jest na ekran, liczą sobie po pięćset stron albo i więcej – dokładne przedstawienie wszystkich wydarzeń nie jest więc możliwe. A jeśli nawet by się uprzeć i poruszyć w filmie każdą kwestię, która została opisana w książce, większość wątków musiałaby zostać potraktowana po łebkach i w przyspieszonym tempie, co pewnie też wzbudziłoby powszechne niezadowolenie. Lepiej jest wybrać kilka najważniejszych wątków z powieści, ale przedstawić je w możliwie jak najbardziej pogłębiony sposób, niż jedynie zasygnalizować pewne problemy. Ekranizujmy książki zgodnie z zasadą Mniej, znaczy lepiej. Nigdy odwrotnie. Czemu nie? Spójrzcie na Hobbita Petera Jacksona. Myślę, że mój komentarz jest zbędny.

The_Hobbit_1_3134175k

Jeśli spodobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

4 thoughts on “Ekranizacja – dobra czy wierna?

  1. No właśnie – to wszystko zależy od książki, bo czasem wierne odzwierciedlenie treści wcale nie jest lepsze. Ale niestety, nie wszyscy mają talent do wyławiania tego co najlepsze w książce i przedstawianie tego w filmie 😉 miałam iść ostatnio ma tej film, ale trailer mnie odstraszył. Wstyd się też przyznać, ale nie czytałam ani jednej powieści Agathy Christie

    Polubienie

    1. Myślę, że skoro nie czytałaś pierwowzoru, to możesz się całkiem dobrze bawić. Trailer w ogóle nie odzwierciedla klimatu filmu – wsadzili do zwiastuna muzykę Imagine Dragons, sugerując, że to będzie bardzo uwspółcześniona, uatrakcyjniona wersja powieści, w której wszystko jest SZYBCIEJ, BARDZIEJ i LEPIEJ. Nie. „Morderstwo w Orient Expressie” to całkiem klasyczny film, w sam raz na pierwszy kontakt z Herculesem Poirot i z klimatem powieści Christie. Mnie się średnio podobał, ale nie da się zadowolić wszystkich i tu muszę oddać reżyserowi sprawiedliwość – nie próbował przypodobać się całęj publiczności. Za to duży plus 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s