Na włosy Thora! – recenzja „Thor: Ragnarok”

Byłam w kinie na bardzo głupim filmie. Filmie bez żadnego przesłania, pozbawionym jakiejkolwiek refleksji nad kondycją świata i ludzkości, za to przepełnionym mordobiciem, głupawymi tekstami i zbyt kolorowym CGI. Bawiłam się świetnie.

Recenzja nie zawiera spoilerów.

Najgorsze, co może zrobić reżyser filmu superbohaterskiego, to potraktować swoje dzieło śmiertelnie poważnie. Kino komiksowe, z samej swej natury, ma bowiem przede wszystkim dostarczać widzom rozrywki, o czym niestety twórcy czasami zapominają i próbują przedstawić publiczności coraz bardziej melodramatyczne wątki, wypełnione patosem aż po brzegi. Tak było chociażby w Capitan America: Civil War, z którego, moim zdaniem nieudolnie, próbowano zrobić poważny quasi-thriller szpiegowski, problem z nadmiarem patosu patetyczności pojawił się także w poprzednich odsłonach Thora, które klimatem miały poniekąd nawiązywać do wytwornej intrygi dworskiej. Nie po to idzie się do kina na film Marvela, żeby zajmować umysł zbyt wydumaną fabułą. Na film Marvela idzie się po to, żeby pooglądać postaci z komiksów w fajnych kostiumach, pośmiać się z dialogów i popatrzeć na dobrze opracowane sceny walki. Do podobnego wniosku doszedł Taika Waititi, reżyser trzeciej części przygód boga piorunów. I bardzo dobrze, bo udało mu się nakręcić najzabawniejszego Thora z całego cyklu, jeśli nie najzabawniejszy film z całego uniwersum Marvela.

Fabuła najnowszej odsłony przygód Thora jest stosunkowo prosta. Od początku wiadomo, kto będzie tym złym, już od pierwszej sceny spodziewamy się, jak cała opowieść się zakończy. Widać, że ludziom pracującym nad Ragnarokiem nie chodziło o stworzenie jak najbardziej skomplikowanej historii, a o nakręcenie filmu, który będzie przede wszystkim zapewniał dużą dawkę rozrywki. Zarówno dla widzów w kinie, jak i osób na planie. Czasami aktorzy wyglądają na ekranie tak, jakby wcale nie chcieli występować w danym filmie, a jedyne o czym marzą, to pójście do domu. Oglądając Thora, ani razu nie odnosi się wrażenia, że Chris Hemsworth (Thor) czy Tom Hiddleston (Loki) są biorą udział w całej produkcji za karę. Wręcz przeciwnie – najwyraźniej świetnie się bawią.

lok.jpg

W trzeciej części przygód Thora scenarzyści postawili przede wszystkim na, momentami nieco irracjonalny, humor i dużą dawkę szaleństwa. Ogromnym plusem całej produkcji jest fakt, że większa część akcji rozgrywa się nie tak jak w poprzednich częściach na Ziemi, a w różnych zakamarkach przestrzeni kosmicznej. Dzięki temu twórcy mogli popuścić wodze fantazji i przenieść na ekran zupełnie nowe, kolorowe, zupełnie surrealistyczne światy, które doskonale pasują do surrealistycznego klimatu całości. W Thor: Ragnarok główny bohater trafia bowiem na sam koniec świata, na planetę rządzoną przez nieobliczalnego, ale w gruncie rzeczy wzbudzającego sympatię, Arcymistrza, którego główną treścią życia jest organizowanie walk gladiatorów. Bóg Piorunów, jako więzień Arcymistrza, będzie musiał zmierzyć na arenie z dotychczas niepokonanym ulubieńcem władcy – Hulkiemjak zostało ujawnione już w samym zwiastunie. Pojedynek z kolegą z ekipy Avengersów to jednak nie największe wyzwanie, jakie stoi przed Thorem w tej opowieści – główną antagonistką bohatera jest bowiem jego własna siostra, Hela, która łaknie krwi i zniszczenia, czyli właśnie tego, co czarne charaktery kochają najbardziej.

hulk

Główna oś fabularna nie wydaje się bardzo skomplikowana, jednak też nie na niej mamy skupiać się przede wszystkim. Siła Thor: Ragnarok tkwi bowiem w poszczególnych scenach i dialogach między bohaterami. Nowy Thor jest filmem zaskakująco samoświadomym – wszyscy wiedzieliśmy wcześniej, że Syn Odyna nie należy do najbystrzejszych Avengerów, był raczej postrzegany jako ten narcystyczny głupek wymachujący młotkiem. Teraz i sam Thor zdaje się nie mieć złudzeń co do swojej prawdziwej wartości, dzięki czemu może sobie w końcu pozwolić na trochę luzu, a kiedy wreszcie przestaje być tak śmiertelnie poważny – wreszcie da się go polubić. Hulk zawsze znajdował się w czołówce pretendentów do roli najbardziej tępego spośród bohaterów Marvela i reżyser dobrze zdawał sobie sprawę. Zamiast starać się na siłę przedstawiać zielonego olbrzyma w lepszym świetle, Taika Waititi zdecydował się na fenomenalny krok i pokazał słowne przepychanki bohaterów, którzy, niczym dzieci, wyzywają się od debili i półgłówków. Thor i Hulk obrzucający się inwektywami sprawiają razem tak urocze wrażenie, że nie sposób się nie uśmiechnąć.

tho.jpg

Warto napisać kilka słów o Lokim, który, nie oszukujmy się, jest postacią kochaną przez fanów (fanki?) dużo bardziej niż jego jasnowłosy brat. Mam wrażenie, że tym razem Tom Hiddlestone dostał na ekranie nieco mniej czasu niż zwykle, ale w żadnym przypadku nie przełożyło się to na jakość jego gry aktorskiej. Co więcej, Loki może nie tyle przeszedł w tym filmie jakąś przemianę, ale został nam ukazany z nieco innej niż zwykle perspektywy. Scenariusz nie starał się nam po raz kolejny udowodnić, że Loki jest podstępny i dwulicowy, owszem – książę kilkakrotnie zdradził Thora (w końcu jest bogiem kłamstw, prawda?), ale główny bohater nie przejął się tym jakoś specjalnie. W ostatecznym rozrachunku Loki pokazał bowiem, że w imię ważnej sprawy potrafi współpracować ze swoim bratem. Stwierdzenie, że rodzina jest najważniejsza, może nie brzmieć zbyt odkrywczo, ale jednak miło popatrzeć na dwóch synów Odyna walczących ramię w ramię.

Thor: Ragnarok nie jest oczywiście filmem bez wad, chociaż ich obecność wcale nie psuje tak bardzo radości z seansu. Pod względem audiowizualnym najnowsza produkcja Marvela stoi na naprawdę wysokim poziomie – nieco kiczowata, kolorowa stylistyka lat osiemdziesiątych w połączeniu z dynamicznie wyreżyserowanymi scenami walki i świetnie dobraną muzyką sprawiają, że całość ogląda się naprawdę dobrze. Czy kojarzycie akąkolwiek piosenkę, która pojawiła się we wcześniejszych filmach z uniwersum Marvela? Ja nie – utwór z Thora będzie więc pierwszym, który na stałe zapisze się w mojej pamięci, co samo w sobie świadczy o jakości produkcji. Z drugiej strony, mam jednak wrażenie, że nie wszystkie sceny zostały dopracowane na tak samo wysokim poziomie. W niektórych momentach miałam wrażenie, że twórcom zabrakło budżetu na zrobienie dobrego CGI i efektów specjalnych (scena na klifie w Norwegii – tak słabego green screena dawno nie widziałam), w innych zaś byłam naprawdę zaskoczona wysoką jakością niektórych projektów. Elementem, który wyszedł zdecydowanie najgorzej, jest jednak postać Heli. Być może Cate Blanchett zawsze chciała zagrać w takim przyjemnym, lekkim filmie, ale moim zdaniem w ogóle nie pasuje do roli złej siostry Thora. Jej strój również nie zwala z nóg, ale tutaj nie mogę mieć pretensji do ekipy odpowiadającej za kostiumy – kompletując garderobę, twórcy musieli się opierać na komiksowym wyglądzie postaci. To nie wina filmowców, że rysownicy Marvela ubrali Helę w jakieś tandetne szmaty.

thosss

Historie opowiadające o poważnych superbohaterach, przez dwie godziny nieustannie marszczących czoło z troski o dobro ludzkości – powoli zdają się odchodzić w zapomnienie. Trzy lata temu publiczność na całym świecie śmiała się do łez na seansach Strażników Galaktyki, w tym roku Thor pokazuje nam swoje zabawniejsze oblicze. Jest nadzieja, że gatunek kina superbohaterskiego coraz częściej będzie dryfował w kierunku komedii. Oby. Bo takie historie ogląda się naprawdę z dużo większą przyjemnością.

Ocena: 8/10

Jeśli spodobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!

 

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

5 thoughts on “Na włosy Thora! – recenzja „Thor: Ragnarok”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s