Nie czuję się guilty

Guilty pleasure to określenie, któremu w języku polskim najbliżej jest chyba do grzesznych przyjemności. Zazwyczaj staram się unikać anglicyzmów, ale nasz rodzimy odpowiednik brzmi tak źle, że pozwólcie, iż zostanę przy wyrażeniu oryginalnym – niech puryści językowi mnie zlinczują, trudno. Pod pojęciem guilty pleasure kryją się wszystkie aktywności, głównie te związane z poznawaniem kultury (i to bynajmniej nie Kultury przez duże K), do których wykonywania nie powinniśmy się przyznawać. Bo przecież w pewnym wieku głupio przyznawać się do oglądania sitcomów czy sięgania po literaturę young adults, prawda?

designecologist-329950.jpg

Nie do końca. Zawsze zadziwia mnie, dlaczego niektórzy ludzie wstydzą się swoich drobnych fascynacji i uparcie utrzymują, że w życiu nie oglądali żadnego głupiego filmu. Istnieje pewien rodzaj presji społecznej, która każe nam milczeć na temat konkretnych wytworów kultury. W poważnym towarzystwie można wspólnie narzekać na głupotę społeczeństwa namiętnie oglądającego paradokumenty, jednak z zastrzeżeniem, że żaden z rozmówców nie widział ani jednego odcinka Dlaczego ja? czy Ukrytej prawdy. Jasne… Seriali paradokumentalnych leci w telewizji tyle, że czasami naprawdę trzeba się sporo nagimnastykować, żeby akurat na żaden nie trafić.

W pewnych sytuacjach społecznych rzeczywiście nie powinno się dyskutować na temat pewnych filmów, książek czy seriali. Gdy idzie się ze znajomymi do teatru, w czasie przerwy pomiędzy aktami omawia się raczej treść spektaklu, a nie ostatni odcinek jakiegoś serialu Netflixa. Unikanie konkretnych tematów wynika jednak z pewnego zwyczaju, nie zaś z poczucia wstydu. Po przeanalizowaniu źródłosłowu wyrażenia guilty pleasure, łatwo dojdziemy do wniosku, że pojęcie to obejmuje wytwory kultury, których poznawanie sprawia nam przyjemność, choć jednocześnie czujemy się winni z powodu odczuwania tej przyjemności. Pojęcie guilty pleasure nie dotyczy więc jakiegoś obiektywnie ustalonego spisu tytułów, o których się nie dyskutuje. Każdy sam narzuca sobie pewne ramy i określa, jakie dzieła powinny wywoływać w danej osobie wstyd i zażenowanie. A to moim zdaniem bardzo głupi sposób działania – bo skoro coś mnie śmieszy czy pozwala się zrelaksować, to dlaczego sama mam osłabiać radość płynącą z obcowania z filmem czy książką, tylko dlatego, że wydaje mi się, iż fabuła jest idiotyczna. Jeśli jest, to trudno – kultura popularna ma być przede wszystkim rozrywką, więc w imię jakich racji mam z własnej woli rezygnować z części przyjemności?

freddie-marriage-92621.jpg

Czasami trzeba się po prostu odmóżdżyć. Nie jest to nic złego, a wręcz przeciwnie – uważam, że dla zachowania prawidłowej równowagi psychicznej trzeba czasami obejrzeć czy przeczytać coś niewymagającego zbyt wielkiego wysiłku intelektualnego. Wyobraźcie sobie na przykład pracownika Centrum Badań nad Zagładą Żydów (serio, to pierwszy przykład, jaki przyszedł mi do głowy). Myślicie, że po powrocie do domu taki człowiek włącza sobie dla rozluźnienia Listę Schindlera albo Dzieci Ireny Sendlerowej? Nie? I słusznie. Ja na jego miejscu też wybrałabym film o znacznie niższej wartości artystycznej, za to dużo bardziej zabawny czy nawet pełny kretyńskiego humoru, dzięki któremu można chociaż na chwilę zapomnieć o stresie i problemach minionego dnia.

Do worka z napisem guilty pleasure można wrzucić naprawdę wiele różnych wytworów  kultury, dla niektórych będą to niskobudżetowe horrory, dla innych telenowele czy seriale paradokumentalne, a jeszcze dla innych powieści o nastolatkach zakochanych w przystojnych wampirach/wilkołakach/zombie (niepotrzebne skreślić). Szukając dla nich wszystkich wspólnego mianownika, można stwierdzić, że są to rzeczy, które pozwalają się zrelaksować bez nadmiernego wysilania szarych komórek. Jestem jednak przeciwna twierdzeniu, że poświęcanie czasu na swoje guilty pleasure, to marnotrawienie cennych minut i godzin, które dałoby się wykorzystać na przykład na zdobycie nowych umiejętności. Po pierwsze, jak już wspomniałam, nie da się być produktywnym przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, odpoczywać też przecież kiedyś trzeba. Poza tym – oglądanie, z pozoru głupich, seriali może się czasami okazać szalenie inspirujące. Parę lat temu (nie wstydzę się tego przyznać – wszak napisałam już w tytule, że ja się guilty w żadnym wypadku nie czuję) uległam modzie, która ogarnęła cały nasz naród i zaczęłam oglądać Wspaniałe stulecie. Wprawdzie leciało ono na TVP1 o takiej porze, w której wszyscy normalni ludzie albo pracują, albo są w szkole, ale i tak dokładnie wiedziałam, co się w którym odcinku wydarzyło. Głupia turecka telenowela, powiedzą niektórzy. Być może. Ale dzięki niej zapragnęłam dowiedzieć się nieco więcej o dynastii osmańskiej i przeczytałam dwie książki o Sulejmanie Wielkim, więc może czas spędzony przed telewizorem nie był wcale tak zupełnie zmarnowany.

mitch-rosen-203803.jpg

Jeśli większość społeczeństwa uważa Waszą ukochaną książkę czy ulubiony serial za słaby, beznadziejny czy dziecinny – trudno. Nie rezygnujcie ze swoich guilty pleasures. Ewentualnie zrezygnujcie z nazywania ich guilty, a zostańcie przy samej pleasure.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Dzięki!
Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

2 thoughts on “Nie czuję się guilty

  1. O tak, czasem trzeba się po prostu odmóżdżyc i zobaczyć, poczytać coś zupełnie innego niż ambitne rzeczy. Miałam tak ostatnio – przeczytałam dwie książki z literatury erotycznej, które kompletnie nie są w moim guście. Ale to zrobiłam, wiem z czym to się je i naprawdę się odmozdzylam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s