Zmiany, zmiany, zmiany – recenzja „Riverdale” s2e2

Zastanawialiście się kiedyś, kto tak właściwie jest głównym bohaterem „Riverdale”? Albo do jakiego gatunku najlepiej byłoby przyporządkować ten serial? Jakichkolwiek nie udzielilibyście odpowiedzi, zmartwię Was – pewnie są już nieaktualne. Bo twórcy po raz kolejny zmienili optykę i całą konwencję, przez co świat przedstawiony w pierwszym sezonie trochę się zmienia. Moim zdaniem na lepsze.

Po dosyć przeciętnym, toczącym się swoim leniwym tempem odcinku pierwszym, nareszcie widz zostaje rzucony na głęboką wodę, by zaangażować się w zupełnie nową historię. A nowa jest ona nie tylko pod względem fabuły, ale  także gatunku. Gdyby nie określać Riverdale mianem serialu młodzieżowego, w stosunku do pierwszego sezonu można by spokojnie użyć wyrazu serial kryminalny – wszak bohaterowie starają się rozwiązać zagadkę śmierci Jasona, podążają za różnymi tropami, próbują odtwarzać wydarzenia z przeszłości. Mogłoby się wydawać, że w drugim sezonie scenarzyści podążyli tą samą drogą, ale okazuje się, że jednak nie do końca. Bo choć cała historia zaczyna się od usiłowania zabójstwa, a w następnych odcinkach mamy do czynienia nie tyle z próbami, co z udanymi morderstwami, to drugi sezon Riverdale kryminałem już nie jest.  Zamaskowany mężczyzna z pistoletem wciąż pozostaje na wolności, przez co napięcie jest nieporównywalnie większe niż w sezonie pierwszym. O nie, moi drodzy. To już nie kryminał. To thriller, być może z zadatkami na horror. Ku której  konwencji bardziej skłaniali się twórcy – okaże się w kolejnych tygodniach.

arc.jpg

Riverdale jest trochę tak jak z serią książek o Harrym Potterze. Niby to bohater, którego imię znajduje się w tytule, powinien skupiać największą uwagę, ale niekoniecznie tak się dzieje – w Harrym Potterze zawsze bardziej od losów wybranego dziecka, gwiazdy Gryfonów i największej chluby Hogwartu interesowały mnie wątki jego przyjaciół. Podobnie jest z Riverdale, które, przypominam, bazuje na serii komiksów wydawnictwa Archie Comics. Niby mamy Archiego w tytule pierwowzoru, ale tak naprawdę czy w pierwszym sezonie odgrywał on aż tak dużą rolę? Wątpliwe. Był jedną z kilku głównych postaci, prawdę mówiąc, przez pewien czas wydawało mi się nawet, że to Jughead stanowi oś dla całej fabuły – niby nie dominował na ekranie, ale komentował wydarzenia z perspektywy narratora, a takie zabiegi bardzo często wykorzystuje się np. w ekranizacjach powieści, w których występuje pierwszoosobowa narracja. W drugim sezonie Riverdale właściwie nie ma wątpliwości, kto otrzyma rolę najważniejszego bohatera. Oczywiście – Archie. Co, jak na ironię, znowu nasuwa mi skojarzenia z Harrym Potterem. Po emisji drugiego odcinka łatwo można się zorientować, że cały sezon będzie koncentrował się głównie wokół Archiego, który swoim zachowaniem pewnie dosyć szybko zacznie irytować resztę bohaterów – tak jak to miało miejsce z Harrym w jednej z ostatniej części cyklu.

Z jednej strony wprowadzono sporo zmian, formalnych, z drugiej jednak – wciąż mamy do czynienia ze starym dobrym Riverdale. W amerykańskich serialach odcinki tytułowane są często jako rozdziały i w kotekście Riverdale ma to akurat bardzo dużo sensu, ponieważ twórcy umiejętnie żonglują wątkami i postaciami, zdają się zapominać o pewnych sytuacjach i bohaterów tylko po to, by wrócić do nich na dalszych etapach opowieści. Weźmy chociażby Hirama Lodge’a – demonicznego ojca Ronnie. Każdy widz miał zapewne jakieś wyobrażenie o tym człowieku, jeszcze zanim pojawił się na ekranie, grunt pod wprowadzenie do akcji tej postaci zaczął być przygotowywany właściwie od początku pierwszego sezonu. Mimo to spotykamy Hirama dopiero teraz -po co było tyle zwlekać? Jasne, wynikało to z fabuły, ale chodzi też o pewien efekt psychologiczny. Nasłuchawszy się tyle o tym, jak bardzo niemoralnie postępuje Lodge, od razu mamy do niego negatywny stosunek, wzmacniany dodatkowo przez wrażenie, jakie robi gra aktora. Typ wygląda na klasycznego złola rodem z brazylijskiej telenoweli, jest tak antypatyczny, że bardziej się już chyba nie da. I bardzo dobrze. Bo kiedy pokaże w końcu ludzką twarz, będziemy jeszcze bardziej zaskoczeni. Co do tego, że scenarzyści postarają się w pewnym momencie ocieplić wizerunek Hirama, nie mam żadnych wątpliwości – przypomnijcie sobie, jaki mieliście stosunek do matki Betty na samym początku, a jak myślicie o niej teraz. Zimna suka niekoniecznie pozostaje zimną suką do końca, prawda?

hiram

Jeśli już mówimy on rodzicach – ponownie stanowią oni ważną część serialu, nie występują, tak jak w wielu serialach młodzieżowych, tylko w tle, nie są przezroczyści i niepotrzebni, a wręcz przeciwnie, właściwie wątki dotyczące rodziców składają się na opowieść funkcjonującą równolegle do historii o Archiem i jego przyjaciołach. Stąd też mam kilka uwag dotyczących postaci rodziców właśnie. Po pierwsze, matka Veronici, która wcześniej wydawała mi się jedną z bardziej normalnych matek w tym serialu, jest, jaka zauważyła zresztą sama Ronnie, warta swojego męża. Urodą pasuje bardzo do roli kobiety wyrachowanej, zimnej, dążącej po trupach do celu, nie spodziewałam się jednak, że kiedykolwiek pomyślę o niej w ten sposób, skoro w pierwszym sezonie zaprezentowała się w sumie jako dobra osoba, której życie nie potoczyło się najlepiej. Jak widać – pozory mylą.

pops.jpg

Po drugie – przeanalizujmy bliżej zachowanie Alice Cooper w tym odcinku. Nie chodzi mi tu o fakt, że zgodziła się spełnić prośbę Archiego i powęszyć trochę w sprawie morderstwa panny Grundy. Zastanówmy się nad sceną, która rozgrywa się w Pop’s. Kto przychodzi na imprezę, festyn czy koncert z laptopem, żeby popracować? Kto przychodzi na event organizowany przez własne dzieci, żeby zająć się PRACĄ? Alice Cooper oczywiście. Fascynuje mnie ta kobieta, patrząc na scenę w restauracji, właściwie nie interesowały mnie rozmowy bohaterów czy piosenka The Pussycats (których utworów, tak na marginesie, nie znoszę). Patrzyłam na matkę Betty, która siedzi z tym laptopem, niby ukradkiem robi zdjęcia i tak bardzo nie pasuje otoczenia, że aż chce mi się śmiać. Przyznaję, jest to humor niskich lotów, bliski poziomowi prostych gagów, ale w kontekście całej sceny jak najbardziej pasuje i trochę rozładowuje napięcie przed wydarzeniami, które mają miejsce pod koniec odcinka.

alice.jpg

Atmosfera gęstnieje, historia nabiera rozpędu. Nie wiem, jak Wy, ale dawno nie oglądałam żadnego serialu po bożemu, grzecznie czekając przez całe siedem dni na kolejny odcinek. Na początku miałam pewne wątpliwości, czy w epoce Netflixa jestem jeszcze w stanie wrócić do takiej klasycznej formy odbioru, ale po tych dwóch odcinkach stwierdzam, że ta formuła ma swoje plusy – bo dzięki niej można żyć atmosferą Riverdale przez trzynaście tygodni, a nie przez trzy dni.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Nic tak nie motywuje do dalszej pracy jak reakcja odbiorców 🙂 

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

4 thoughts on “Zmiany, zmiany, zmiany – recenzja „Riverdale” s2e2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s