„Sieranevada”, czyli może byśmy tak w końcu zjedli?!

Trzygodzinny film o rumuńskiej stypie nie brzmi zbyt zachęcająco, i pewnie wielu widzów, przeczytawszy opis Sieranevady, stwierdziło, że lepiej iść do kina na Piratów z Karaibów. Ci, co wybrali głupie miny Jacka Sparrowa niech żałują. Ja nie żałuję niczego… No, może tylko tego, że nie wzięłam do kina jedzenia. Można zgłodnieć od patrzenia, jak bohaterowie przez trzy godziny krążą wokół stołu.

sieranevada_1.jpg

Sieranevadzie nie dzieje się zbyt wiele, nie ma wybuchów, spektakularnych zwrotów akcji, właściwie tylko dwa razy wychodzimy z kamerą z mieszkania, w którym odbywa się stypa. Mimo to brak w tym filmie dłużyzn i momentów nudnych, całą historię napędzają świetnie napisane dialogi i bohaterowie z krwi i kości, co do których nie ma wątpliwości, że mogliby istnieć w prawdziwym życiu, nie tylko na ekranie. Ja sama znalazłam w Sieranevadzie co najmniej dwie postaci łudząco przypominające członków mojej, bliższej i dalszej, rodziny, i sądzę, że nie jestem jedynym widzem, który ma takie odczucia. W najlepszej nawet rodzinie trafiają się czarne owce, histeryczki, wredne starsze panie, które wciąż żyją jakby w poprzedniej epoce, zwolennicy teorii spiskowych… Można by pomyśleć, że wprowadzanie takich niemalże archetypowych bohaterów to bardzo tani chwyt, jednak warto wspomnieć, że postaci nie ograniczają się tylko do jednej głównej cechy, determinującej cały ich charakter, ale są bardziej pogłębione. Tak jak w prawdziwym życiu.

sier.jpg

Trudno streścić opowiedzianą w Sieranevadzie historię. Zaczyna się od kilkuminutowego ujęcia z ulicy, w czasie którego obserwujemy wejście do klatki schodowej postkomunistycznego bloku. W tle słychać odgłosy miasta, z boku ekranu miga trolejbus, jedna z bohaterek pakuje dziecięcy wózek do bagażnika… Słowem, nie dzieje się nic. To trochę taka próba wytrzymałości widza, sygnał od reżysera, który mówi – Jeśli ci się nie podoba,to teraz jest ten moment, żeby wyjść z kina. Ci, którzy wytrzymali, zostali nagrodzeni.

Chociaż teoretycznie żaden z bohaterów nie jest w tym filmie protagonistą z prawdziwego zdarzenia, widz nie ma wątpliwości, że powinien utożsamiać się z Larym, który wydaje się najbardziej rozsądną i zdystansowaną osobą w całej rodzinie. Mimo że goście spotkali się, by uczcić pamięć zmarłego wuja Emila, w czasie stypy mało mówi się o nieboszczyku, dużo zaś o żyjących.  Takie rodzinne spotkania to przecież zawsze idalny moment, żeby się pokłócić albo przynajmniej porządnie kogoś zirytować. W wielu absurdalnych momentach, kiedy pozostali członkowie rodziny rwą sobie włosy z głowy, denerwując się na spóźnionego o kilka godzin księdza, Lary śmieje się z całej sytuacji, podobnie jak śmieją się widzowie.

sieranevada_03

W filmach, których akcja przez cały czas rozgrywa się w jednym tylko wnętrzu, dialogi muszą być napisane nie tyle dobrze, co po mistrzowsku. Ten punkt scenarzyści zrealizowali na szóstkę, jednak wydaje się, że dialogi to za mało, trzeba dodać jeszcze coś, by historia opowiedziana na ekranie była naprawdę interesująca. Tym czymś w przypadku Sieranevady jest montaż. Operator chodził po mieszkaniu, przemieszczając się od jednej do drugiej rozmawiającej (czy też awanturującej się) grupki, czasami kamera trzęsie się lekko, sporo jest ujęć zza drzwi, jakby podpatrzonych. Taki zabieg może sugerować, że widz również znajduje się w mieszkaniu i jest członkiem rodziny zmarłego. A to potęguje uczucie głodu, skoro i my bierzemy udział w stypie, to, tak jak bohaterowie, również nie możemy zjeść, bo najpierw czekamy na księdza, a potem bardziej przejmujemy się ciotką, która niemalże dostała udaru, a teraz leży w śpiączce w pokoju obok…

Niby było już kilka filmów, których punkt wyjściowy stanowiła stypa, akcja Sierpnia w hrabstwie Osage opiera się przecież na bardzo podobnym pomyśle. Moim zdaniem jednak Sieranevada na tle innych tego typu produkcji wciąż wypada bardzo oryginalnie i świeżo, w szczególności dla polskiego widza, któremu obce są realia amerykańskie. Wystrój mieszkania, w którym odbywa się stypa, bardzo przypomina sposób, w jaki urządzano także polskie mieszkania w PRL-u. U mojej babci ciągle stoi meblościanka podobna do tej z filmu, a skąpe sceny kręcone na zewnątrz przywodzą na myśl ujęcia warszawskiej Pragi (dla ścisłości dodam – nie tej bardziej nowoczesnej części). Podejrzewam, że Sieranevada może się spotkać z lepszym odbiorem w krajach postkomunistycznych, chociaż mam nadzieję, że zostanie doceniony także na Zachodzie. Bo naprawdę na to zasługuje.

Ocena: 8/10

Jeśli spodobał Ci się ten wpis – udostępnij go, skomentuj, polub stronę Rude Okulary na facebooku. Nic tak nie motywuje do dalszej pracy jak reakcja odbiorców 🙂 

Advertisements
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.wordpress.com

3 thoughts on “„Sieranevada”, czyli może byśmy tak w końcu zjedli?!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s