Ależ ten Frank się postarzał… – sezon 5. House of Cards

Różne są taktyki oglądania seriali. Niektórzy potrafią pochłonąć cały sezon w jedną noc, inni wręcz przeciwnie – dawkują sobie przyjemności, dzięki czemu pozostają z ulubionymi bohaterami przez miesiąc albo i dłużej. Ja chyba jestem gdzieś po środku, z jednej strony nie umiem przez kilkanaście godzin bez przerwy wpatrywać się w ekran, z drugiej jednak… Chyba nie mogłabym przez kilka tygodni trwać w permanentnym stanie wysokiego napięcia, czekając na to, co też wydarzy się w kolejnym odcinku House of Cards. Z tego powodu obejrzenie piątego sezonu kultowego już serialu zajęło mi równo tydzień.

1house.jpg

Oczekiwania względem najnowszego sezonu były ogromne, w przedpremierowych recenzjach pojawiały się informacje o tym, jak bardzo scenarzyści podkręcili tempo akcji, jak wiele się wydarzy. Czy rzeczywiście wydarzyło się aż tak wiele?

Po obejrzeniu pierwszych dwóch odcinków odczuwałam lekki niedosyt. W sieci widziałam tyle zapewnień co do tego, jak wiele niespodziewanych zwrotów akcji przygotowali dla nas twórcy, jak wielkie napięcie będzie biło z ekranu… Moje oczekiwania, odpowiednio rozbudzone przez sprawny marketing Netflixa, zostały nieco zawiedzione. Bo na początku nie odczułam wcale tempa akcji znacznie odbiegającego od tego, do czego przyzwyczajono nas w poprzednich sezonach. Inny element za to bardzo rzucił mi się w oczy – mrok. To rzeczywiście jest najmroczniejszy, jak do tej pory sezon. I nie chodzi nawet o liczbę politycznych morderstw, spisków, dramatycznych sytuacji widocznych na ekranie. Złowieszczą, posępną atmosferę da się wyczuć nawet w scenach dialogów pozornie dotyczących spraw niezwiązanych z polityką. Fakt, że twórcom udało się osiągnąć taki efekt, świadczy o prawdziwym mistrzostwie, nie tylko aktorów, ale także reżyserów i operatorów – na ekranie każdy element ze sobą współgra, tworząc idealną całość.

house-of-cards-season-5-teaser-00

Jak można było się spodziewać, trochę postaci odeszło, na ich miejsce pojawili się jednak nowi bohaterowie. W kilku odcinkach dali o sobie znać politycy, o których istnieniu już dawno zapomnieliśmy, uznając błędnie, że ich wątki zakończyły się kilka sezonów temu. Otóż nie. Demony przeszłości dalej mogą namieszać w tej historii, a im dalej Underwooodowie pną się na szczyt, tym większe niebezpieczeństwo stwarzają dla nich osoby, które zbyt wiele wiedzą o przeszłości pary prezydenckiej. Oglądając piąty sezon, w ogóle nie ma się wrażenia, że Beau Willimona zastąpili inni scenarzyści – fabuła w bardzo sensowny sposób łączy się z wcześniejszymi wątkami, widz ma wrażenie, że niektóre misterne intrygi zostały uknute na kilka sezonów wcześniej, chociaż przecież to niemożliwe. Scenariusz (a przede wszystkim dialogi) to po raz kolejny bardzo mocny element całego serialu.

2house

Oczywiście, scenarzyści nie tylko wprowadzili na ekran nowych bohaterów, ale także sprawili, że ci starzy ewoluowali. Dotyczy to przede wszystkim Francisa Underwooda, który wyraźnie się postarzał, co widać już na pierwszy rzut oka. Zmienił się jednak nie tylko wygląd prezydenta, ale także jego charakter. W poprzednim wpisie stwierdziłam, że przez wszystkie sezony kibicowałam Frankowi, mimo że doskonale zdawałam sobie sprawę z jego paskudnego charakteru. Po piątym sezonie po raz pierwszy mam wątpliwości, czy rzeczywiście chcę, by ten człowiek urzędował w Białym Domu (choć kto wie, gdyby to Frank w zeszłorocznych wyborach startował jako kandydat Partii Demokratycznej na urząd prezydenta, może nie byłaby to taka zła alternatywa…) – na ekranie na pierwszy plan wysuwa się bowiem inna postać, którą chcę wspierać. Claire Uderwood.

cl.png

Chociaż już w czwartym sezonie pojawił się poważny konflikt między Underwoodami, ostatecznie przez cały czas parę prezydencką traktowaliśmy jako jedność dążącą do osiągnięcia wspólnego celu. W trzynastu ostatnich odcinkach widać jednak, że Claire niejednokrotnie wykazuje się większym opanowaniem i trzeźwością umysłu od swojego męża. Frank momentami irytuje, jego upór, arogancja, buta, kiedyś na swój sposób dla widza sympatyczne, teraz rzeczywiście stawiają go w świetle czarnego charakteru. Claire natomiast pozostaje opanowaną, dystyngowaną damą. Oczywiście, nie mam złudzeń co do tego, że jest zimnokrwistą suką, ale być suką z klasą – to dopiero wyzwanie.

clairew.jpg

Kiedy, jeszcze przed premierą, przeczytałam, że w piątym sezonie Claire będzie zwracać się bezpośrednio do widzów, miałam wątpliwości, czy taki zabieg jest potrzebny, czy stanowi jedynie jakąś fantazję twórców. Łamanie czwartej ściany przez bohaterkę graną przez Robin Wright wydaje się jednak w pełni uzasadnione, przez kilka kolejnych sezonów coraz bardziej wysuwała się na pierwszy plan, by wreszcie zająć równorzędną w stosunku do męża. Dla nas, jako widzów, jest to chyba najbardziej wyraźna wskazówka, co do kierunku, w którym będzie podążała Claire w następnym sezonie. Bo jestem przekonana, że następny sezon się pojawi. Ktoś musi przecież objąć urząd po Franku…

Nie rozczarowałam się. Oczekiwałam czegoś innego, miałam nadzieję na sezon pełen dramatycznych pościgów, ładunków wybuchowych podkładanych pod Biały Dom, transmisji z posiedzeń Kongresu, słowem – produkcji w stylu trzeciego sezonu. Twórcy sprezentowali mi, i nam wszystkim, jednak historię obfitującą w nieco inne emocje, wcale nie mniej silne, i może właśnie to stanowi o sukcesie tego serialu.

 

Ocena: 9/10

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s