Lubię hejtować

Zdradzę Wam sekret – lubię hejtować. Podoba mi się to słowo i nie zgadzam się ze wszystkimi purystami językowymi, którzy sprzeciwiają się używaniu w języku polskim anglicyzmów w jakiejkolwiek formie. Zwłaszcza podczas rozmów o internecie i kulturze nie sposób uniknąć zwrotów zaczerpniętych z języka angielskiego i nie widzę nic złego w tym, że nasz język ewoluuje i ciągle pojawiają się w nim nowe słowa. Wszak łacina się nie zmieniała i właśnie dlatego umarła.

hate

Język polski nie zniknie, przynajmniej nie w ciągu najbliższych kilkuset lat, chciałabym więc uspokoić wszystkie osoby snujące apokaliptyczne wizje. Nie ma powodów do obaw, jeśli tylko będziemy czerpać z języków obcych w sposób rozsądny, nic złego się nie stanie. No właśnie, rozsądny… Czyli jaki? Kiedy stosowanie anglicyzmów jest w porządku, a kiedy stanowi jedynie wyraz snobizmu czy wielkopańskich aspiracji?

Używanie wyrazów pochodzenia obcego ma sens wtedy, gdy rzeczywiście są one potrzebne do nazywania jakichś przedmiotów, zjawisk, czynności, których nie jesteśmy w stanie wyrazić za pomocą słów istniejących już w języku polskim. Albo jesteśmy w stanie, ale polskie odpowiedniki brzmią tak głupio, że aż wstyd z nich korzystać. Moim zdaniem istnieje całkiem sporo anglicyzmów, które można przypasować do tej właśnie kategorii, chociażby czasownik hejtować. Niby można powiedzieć, że ktoś stosuje mowę nienawiści, ale użycie tego zwrotu od razu nasuwa skojarzenia z pewną partią polityczną, wydaje się więc, że to wyrażenie nie do końca pasuje na przykład do krytyki filmowej. Poza tym hejtowanie ma bardzo szeroki zakres znaczeniowy i dlatego wygodnie używa się tego wyrazu, moim zdaniem w polszczyźnie brakowało wcześniej takiego uniwersalnego pojęcia. Raz hejtowanie to po prostu krytykowanie kogoś z nienawiścią, innym razem obrażanie, wyzywanie, gnębienie, publikowanie obraźliwych komentarzy w internecie…

Szczególnie, gdy rozmawiamy o kulturze czy zjawiskach związanych z internetem, trudno jest czasami uniknąć stosowania anglicyzmów. W większości wypadków to nawet bezcelowe. Przykładowo – guilty pleasure. Pod tym pojęciem może się kryć film, książka, czasopismo, muzyka, która nie reprezentuje wprawdzie szczególnie wybitnego poziomu, ale jej poznawanie sprawia ci jakąś perwersyjną przyjemność. Łatwiej jest powiedzieć na przykład, że jakiś serial to moje guilty pleasure niż tłumaczyć rozmówcy – A, wiesz, ten serial jest beznadziejny, aktorzy nie potrafią grać, ale to wszystko jest nakręcone tak źle, że aż mi się podoba. Zastosowanie dwóch wyrazów zamiast rozbudowanego zdania ma więc sens, bo skraca komunikat. Kolejny przykład – plot twist , czyli… nieoczekiwany zwrot akcji na końcu filmu/książki. Nie znam nikogo, kto by tak mówił. Jeśli na końcu seansu w kinie nagle okazuje się, że zabił główny bohater, który prowadził śledztwo, to mamy do czynienia z plot twistem. Koniec, kropka. Czy ktoś z Was zna słowo, którym można zastąpić spoiler?  Jasne, jest to pewna informacja zdradzająca ważne elementy fabuły, jednak, sięgając do źródłosłowu angielskiego, można zauważyć, że informacja ta psuje zabawę z seansu czy lektury książki. W języku polskim, by zawrzeć kilka tych wymiarów znaczeniowych, trzeba ułożyć całą definicję. Pytanie – po co, skoro istnieje jeden, całkiem ładnie brzmiący, wyraz?

spoiler.jpg

Oczywiście, część osób nadużywa anglicyzmów i jest to zjawisko dosyć powszechne, zwłaszcza wśród młodzieży w okolicach trzynastego roku życia czy pracowników korporacji (i nie chcę nikogo hejtować). O ile w przypadku osób zajmujących się marketingiem, biznesem itd. stosowanie internacjonalizmów ma sens, o tyle tendencja niektórych gimnazjalistów (już niedługo…) do wtrącania w każdym zdaniu słów pochodzących z języka angielskiego. Zwłaszcza, jeśli istnieją polskie odpowiedniki, które brzmią równie dobrze. Po co wstawiać komuś coś na walla, skoro można opublikować post na tablicy? Słownictwo używane przez graczy też jest nieco irytujące – zamiast ulepszać, upgrejdują, zamiast podnosić, dropują. I właściwie nie budzi to zastrzeżeń w czasie rozgrywki, ale w realnym świecie może powodować pewne problemy w komunikacji.

Hejtujmy więc i spoilerujmy, używajmy anglicyzmów tam, gdzie jest to konieczne. Jeśli będziemy to robić z głową, to nie ma obaw, że angielski stanie się naszym językiem urzędowym (wystarczy jednak spojrzeć na wyniki matur, by dojść do prostego wniosku, że jeszcze w tym stuleciu nam to nie grozi). Jeśli zaczynamy już odmieniać wyrazy z języka angielskiego według polskich wzorców gramatycznych i pisać je zgodnie z polskimi regułami ortograficznymi, oznacza to, że dane słowa są potrzebne i bezpieczne. A ci, co twierdzą inaczej, niech posługują się mową rodem z Polski wczesnopiastowskiej. Bo przez tysiąc lat w polszczyźnie pojawiło się całkiem sporo zapożyczeń, nie sposób więc ich unikać…

Jeśli podobał Ci się ten wpis – skomentuj, polub post i stronę Rude Okulary na facebooku. Nic tak nie motywuje do dalszej pracy jak reakcja odbiorców 🙂 

Reklamy
rudeokulary

Autorka bloga rudeokulary.com

2 thoughts on “Lubię hejtować

  1. O, zdecydowanie się zgadzam! Pracuję w dużej korporacji, gdzie anglicyzmy są Ok, bo posługuję się szybko dobrze znanymi zadaniami z resztą zespołu, ale kiedy opowiadam znajomym co robię mniej więcej w pracy albo z czym musiałam się zmierzyć – używam polskich określeń, nawet jeśli zajmuje to cztery razy więcej czasu

    Polubienie

  2. Mam podobnie jak Jola 🙂 Na co dzień w pracy po prostu nie da się uniknąć anglicyzmów, chociaż przyznam, że używanie ich sprawia mi wielką frajdę 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s